piątek, 30 grudnia 2016

Wymiar Cudów - Robert Sheckley


„Nie powinno się pytać: dlaczego to, a nie tamto? Właściwe pytanie brzmi: jak to działa?”[1].

Historia przedstawiona przez Roberta Sheckleya jest niezwykle prosta: oto mamy bohatera, którego sam autor opisuje tak:

„Był jednocześnie niezgłębiony i łatwy do przewidzenia – dość zwyczajny cud”[2].

Bohater ów, niejaki Carmody, mieszka gdzieś w Stanach Zjednoczonych, wykonując pracę biurową. Pewnego dnia zgłasza się do niego ktoś, kto twierdzi, że Carmody wygrał Nagrodę (koniecznie z dużej litery) w loterii galaktycznej. Bohater, długo się nie namyślając, wyrusza do Centrum Galaktycznego po odbiór rzeczonej Nagrody, na miejscu jednak okazuje się, że powrót do domu nie będzie łatwą sprawą. Po pierwsze trzeba ustalić gdzie jest Ziemia, po drugie: kiedy jest to Ziemia, po trzecie: która Ziemia jest jego domem.

Dosyć trudna sprawa dla kogoś, kto nawet nie zna nazwy swojej planety (Ziemia wywołuje jedynie uśmiech politowania na obliczach galaktycznych urzędników), nie mówiąc już o którejkolwiek z jej współrzędnych. Tym trudniejsza, że wyrwany ze swojego środowiska bohater (a co za tym idzie pozbawiony zagrożeń typowych dla owego środowiska), zgodnie z prawem drapieżnictwa ścigany jest przez swojego własnego Drapieżnika, którego jedynym celem jest pożywienie się Carmodym.

Można powiedzieć, że książka ta to Robert Sheckley w dobrej formie. Niedawno narzekałem, że w jego „Opcjach” nie ma ładu i składu, a już na pewno nie ma fabuły, nie mówiąc o jakimkolwiek sensie. To wszystko jest w „Wymiarze cudów”, wydarzenia układają się w zgrabną całość, a wszystko napisane jest z charakterystycznym dla autora humorem; takim, który wyjaśnia sprawy pozornie bezsensowne, tak by czytelnik przyjął je z uśmiechem na ustach, zastanawiając się co z tego wyniknie (jak chociażby wspomniane prawo drapieżnictwa, czy objawiająca się umyślną pomyłką wolna wola maszyn, albo natura boga na planecie zamieszkiwanej przez jedną istotę).

Fabuła jest pretekstem dla autora, żeby pokazać nam sens albo i bezsens pewnych myśli, wierzeń i zachowań, aczkolwiek śledzenie owej fabuły daje sporo frajdy; czytelnik kibicuje bohaterowi w jego zmaganiach z rzeczami nie tyle go przerastającymi, co pozostającymi całkowicie poza jego możliwościami pojmowania (mamy na przykład budowniczego, który skonstruował świat dla pewnego miłego staruszka z brodą upierającego się, by dać stworzonym przez siebie istotom wolną wolę, i zabawny, ale dający do myślenia opis tej budowy).

Myślę, że każdy, kto już raz zakosztował Sheckleya będzie zadowolony. Kto tego nie zrobił, może zacząć właśnie od „Wymiaru Cudów”. Albo zniechęci się od razu, albo zapragnie więcej, a jako, że jest to science fiction, które się nie dezaktualizuje, będzie mógł spokojnie sięgnąć po kolejne pozycje, czy to powieści, czy równie dobre zbiory opowiadań.

8/10

„Gdybyśmy brali pod uwagę wszystkie możliwości, to szybko brakłoby nam możliwości do brania pod uwagę… Co ja powiedziałem? Nieważne. Konstrukcja była prawidłowa, nawet jeśli słowa błędne”[3].

„– Ja miałby zostać Bogiem?
– A dlaczego nie? Zajęcie jak każde inne, tyle że ma dumną nazwę. Niezbyt to łatwe, przyznaję, ale i nie trudniejsze niż zostanie wybitnym poetą albo inżynierem”[4].

[1] Robert Sheckley „Wymiar Cudów”, przeł. Piotr Cholewa, wyd. Amber, 1993, str. 71.
[2] Tamże, s. 10.
[3] Tamże, s. 19.
[4] Tamże, s. 61. 
 malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz