piątek, 11 listopada 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko - J.K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne

„W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci”[1]. 

Harry Potter powróci! Dostaniemy wreszcie kolejną część jego przygód! – wyobrażam sobie, że z takimi właśnie entuzjastycznymi reakcjami spotkała się informacja o książce „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Nie mniejszy entuzjazm panował, kiedy jej premiera zbliżała się wielkimi krokami, i kiedy czytelnicy w Polsce dostali ją w swoje ręce. Każdy sklep (nie tylko księgarnie) krzyczał do nas, ceną oraz promocjami na poprzednie części zachęcając, byśmy właśnie tutaj kupili tę pozycję. I ludzie przyszli i kupili. Ja sam to zrobiłem, powodowany tęsknotą za światem stworzonym przez J.K. Rowling i magią, którą przepełniona była lektura siedmiu tomów opowieści o niezwykłym czarodzieju. Z zapałem zabrałem się do czytania, świadomy tego, że ta książka książką tak naprawdę nie jest, że oto mam w rękach „oficjalny scenariusz oryginalnego przedstawienia z West Endu”[2], w dodatku jest to „edycja specjalna na potrzeby prób teatralnych”[3]. 

Popyt tworzy podaż. Jaki jest więc sens pisać nową powieść, jeśli wystarczy dać ludziom zapis scenariusza, a ci przyjmą go z pocałowaniem ręki? Oby tylko takie zabiegi nie stały się normą… 

Najważniejsze pytanie brzmiało: czy „książka” się obroni? Odpowiedź, w moim przypadku, brzmi: nie. 
„Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, wspólne dzieło J.K. Rowling, Johna Tiffany’ego i Jacka Thorna, to suche dialogi, miejscami przerywane informacjami, gdzie aktualnie rozgrywa się scena i jak wyglądają/zachowują się bohaterowie. Trudno z czegoś takiego zrobić pozycję, którą pochłania się z wypiekami na twarzy. Zwłaszcza że fabuła, delikatnie rzecz ujmując, nie powala na kolana. 

Minęło dwadzieścia lat od wydarzeń opisanych w siódmym tomie przygód Harry'ego Pottera. Tytułowy bohater pracuje w Ministerstwie Magii (ministrem jest Hermiona), ma trójkę dzieci: Jamesa, Albusa Severusa i Lilly. Albus właśnie rozpoczyna naukę w Hogwarcie i to właśnie on jest głównym bohaterem. On i Scorpius Malfoy, syn Draco Malfoya. Chłopcy zaprzyjaźniają się i wspólnie przechodzą przez niełatwe dla nich lata nauki. Albus jest poróżniony z ojcem, uważa, że nikt go nie rozumie i tylko w Scorpiusie znajduje oparcie. Ten także ma problemy, jednak obaj dzięki swojej przyjaźni są w stanie przetrwać wszystkie ciosy, jakie szykuje dla nich świat. 

Dalej następują, niestety, podróże w czasie (poznajemy nawet alternatywną wersję przyszłości). Chłopcy chcą zrobić coś wielkiego, a wychodzi tak, że im więcej chcą zmienić, tym więcej mieszają i w pewnym momencie pozostaje im tylko ratowanie świata przed bałaganem, który sami stworzyli. Fabuła może nie wydaje się posklejana na taśmę i ślinę, ale daleko jej do miana dobrej. Ot: pokażmy, jak układa się dorosłemu Harry’emu, jakie problemy może przynieść dziedzictwo nazwiska Potter jego synowi, jak przyjaźń wbrew wszystkim potrafi zdziałać cuda. Dajmy możliwość powrotu odwiecznemu wrogowi, dołóżmy kolejnego superzłoczyńcę, którego nikt się nie spodziewa. A wszystko to okraszone nieszczęsnymi podróżami w czasie, które po prostu nie są dobrym pomysłem na kontynuację (walczymy przez siedem tomów z Voldemortem, w końcu zło przegrywa, ale każdemu łotrowi w przyszłości wystarczy zmieniacz czasu i już jest gorzej niż było). Cały czas gdzieś tam w tle przewijają się bohaterowie oryginalnego siedmioksięgu: oprócz Harry’ego – Hermiona, Ron, Ginny, Draco czy profesor McGonagall (która o dziwo prezentuje się najlepiej, najbardziej pewnie i solidnie). Wszyscy oni zachowują się w charakterystyczny dla siebie sposób, co sprawia, że są bardzo przewidywalni i jednowymiarowi. 

Rozdarty wewnętrznie Harry, którego blizna znów się odzywa i którego nawiedzają niezrozumiałe sny, czy jego zagubiony syn miotają się i nic z tego nie wynika. Próba pokazania złożoności postaci i targających nimi emocji spełza na niczym. 

Nie jest jednak tak, że „książce” tej brak zalet i że lektura nie przynosi żadnej radości. Skupiłem się na wytykaniu jej minusów, ponieważ nie ma w tym wszystkim magii, którą czuło się w poprzednich tomach. Nie ma wystarczających emocji, czytelnik nie może więc zaangażować się całym sobą w opowieść, poczuć się częścią czegoś wielkiego. J.K. Rowling stworzyła coś niesamowitego; „książką” „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” dopisała kolejny rozdział, który nic nie zmienia i niewiele wnosi. Ot, po prostu odpowiada na potrzebę rynku. 

Może przynajmniej młodzież, zwykle narzekająca na obszerne opisy (chociaż akurat w „Harrym Potterze” nie nużyły), będzie zadowolona? Może młodzi ludzie przeczytają tę pozycję jednym tchem, a brak opisów, paradoksalnie, uruchomi ich wyobraźnię? 

Jest też inny plus tej „książki”. Przy ewentualnym przeniesieniu na duży ekran może z niej wyjść emocjonujące (ale także niezobowiązujące) widowisko. 

5/10 
malynosorozec
--- 
[1] J.K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne, „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, wyd. Media Rodzina, 2016, s. 296. 
[2] Tamże, tekst z noty redakcyjnej. 
[3] Tamże. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz