poniedziałek, 31 października 2016

Opcje - Robert Sheckley


„Komu potrzebny czytelnik, który jest cierpliwy?”[1]

Psuje się statek, więc Mishkin ląduje awaryjnie na planecie Harmonia, by pobrać z magazynu odpowiednią część. Niestety: komputer zawiadujący magazynem zdecydował, że ryzyko, iż jakiś niesprawny statek rozbije się właśnie tu jest duże, toteż postanowił umieścić powierzone mu podzespoły w różnych miejscach planety. Mishkina czeka więc podróż przez niegościnną dżunglę, a towarzyszy mu pewien robot. I tu mniej więcej kończy się logika.

Nie wiem, po prostu nie wiem. Autor niby dobrze mi znany, tak samo znane są jego niestandardowe pomysły. Po lekturze „Opcji” jednak nie potrafię ocenić, czy ja nie rozumiem tej powieści, czy też tym razem Sheckley przekroczył granicę i to, co napisał po prostu nie ma sensu.
Mishkin wędruje, a kolejne etapy owej wędrówki nie układają się w logiczną całość, w miarę upływu czasu wszystko jest coraz bardziej odrealnione i nie ma sposobu, by połapać się w zamyśle autora. Poszczególne rozdziały łączy jedynie postać bohatera, a i to do czasu. Jest na przykład taki:

„– Wstań i odlicz! – powiedział kiedyś do Mishkina jego ojciec. Tom Mishkin wstał więc i odliczył, i okazało się, że jego numer wynosi »jeden«. Nie było to zbyt pouczające. Mishkin już nigdy więcej nie wstawał, by odliczać”[2].

Tak, to cały rozdział. Fajny, prawda? Ale i trochę bezsensowny. W innym Mishkin rozmawia z niewidzialnymi istotami, w jeszcze innym bohaterowie wymyślają się według swojego widzimisię. Cały czas próbowałem odnaleźć się w tym wszystkim, a po skończonej lekturze poukładać całość w głowie. Chyba niepotrzebnie.

Gdyby nie humor zawarty w książce, już w połowie rzuciłbym ją w cholerę.

5/10

„– Pierwsza zasada współpracy na statkach kosmicznych polega na tym, by pozwolić ludziom, którzy potrafią coś zrobić, aby to robili, a pozostali, którzy tego nie potrafią, niech siedzą sobie w kambuzie z zamkniętymi buziami i z założonymi rękami popijają kawę. […]
– […] Gdyby ziemskie rządy pracowały tak, jak pan na tym statku, przed rasą ludzką rozpościerałaby się przyszłość pewna jak spokojne morze”[3].

„Czasami przyczyna i skutek nie chcą nijak się związać. Kiedy tak bywa, a my nie możemy tego w żaden sposób wyjaśnić, nazywamy to Wolą Bożą”[4].

„Gdyby wszyscy ludzie zwracali należytą uwagę na wielkie i ważne zagadnienia, któż robiłby wtedy mrożony sorbet?”[5]

--- 
malynosorozec

[1] Robert Sheckley, „Opcje”, przeł. Marek Pąkciński, wyd. Amber, 1995, s. 170.
[2] Tamże, s. 45.
[3] Tamże, s. 100.
[4] Tamże, s. 157.

[5] Tamże, s. 213.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz