środa, 31 sierpnia 2016

Musi Trwać

Terry Pratchett… Świat Dysku…
Poniższy tekst skierowany jest do tych, którzy znają tego autora i ten świat.
Powstał na pewien konkurs, kilka miesięcy po śmierci Mistrza.
Mam nadzieję, że przywoła uśmiech na twarze ludzi tak jak ja zaczytujących się w książkach sir Terrego Pratchetta.
Zapraszam do lektury i pozdrawiam

Musi Trwać

 

Ci z was, którzy znają mnie wystarczająco dobrze wiedzą, że nie zważając na rady i przestrogi, przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji musiałem zobaczyć Miasto na własne oczy. Przybyłem tam w porze, kiedy można niezauważalnie przemykać w cieniach. To znaczy można w każdym innym mieście, ale nie w Ankh-Morpok: tam życie toczy się nieustannie. Jedni wychodzą na ulice, inni ryglują drzwi, żeby w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa nabrać sił przed kolejną walką, jaką jest każdy dzień w największym ludzkim skupisku Dysku. Są tu oczywiście także tacy, którzy nie kładą się nigdy.


Brama była otwarta na oścież, wydało mi się to niezwykle podejrzane, lecz mimo to pełen obaw wkroczyłem przez nią na teren Miasta.
– Psst! Masz broń? – pytanie padło z ciemnego kąta znajdującego się kilka kroków za bramą. W cieniu dojrzałem tlący się niedopałek, a po chwili moim oczom ukazał się właściciel głosu. Gdybym miał go opisać... Może lepiej nie. Dla moich i waszych spokojnych nocy. – Nobby Nobbs, straż miejska Ankh-Morpok. – Szeptem przedstawiło się dziwne indywiduum. – Pytałem czy masz broń?
– Nie mam – skłamałem, poprawiając ukryte w rękawie ostrza, rozglądając się za towarzyszami strażnika.
– To się bardzo dobrze składa. – Tajemnicza istota uśmiechnęła się do mnie (mam przynajmniej nadzieję, że to był uśmiech) i kopnęła prosto w krocze śpiącego pod murem człowieka. – Przyjezdny. – To jedno słowo natychmiastowo uciszyło wszelkie protesty, a z twarzy zaspanego jegomościa momentalnie zniknął grymas bólu, a pojawił się najszerszy uśmiech, jaki w życiu widziałem.
– Pan z daleka, widzę że egzotyczny. Może szablę, albo wiekierę? Podręczną kuszę do tego, albo dwie. Wszystko najwyższej jakości, prosto z krasnoludzkich zbrojowni. – Mówiący zbliżył się do mnie i przeszedł na konspiracyjny szept. – Ta rdza to tylko dla niepoznaki, wie pan, żeby nie rozkradli. Towar pierwsza klasa. – Człowiek ten mówił dalej w takim tonie, a jego szczurze spojrzenie ani razu nie spotkało się z moim. Musiały zadziałać jakieś czary, gdyż po dziesięciu minutach szedłem ulicami Ankh-Morpok obwieszony wszelkiego rodzaju bronią, za to z pustą kiesą.

Muszę przyznać, że nie tego się spodziewałem. Myślałem, że bramy będą zamknięte i obstawione zaprawionymi w bojach strażnikami, że każdy kto wkracza do Miasta (zwłaszcza o takiej porze) zostanie dokładnie przesłuchany i zdecydowanie poproszony o zdeponowanie broni. Natomiast to, co mnie spotkało było bardzo, ale to bardzo podejrzane.
– Mogę się przyłączyć? – Aż podskoczyłem słysząc słowa tuż koło swojego ucha. – Cudowna noc na przechadzki, prawda? – kontynuowała ubrana na czarno postać, podczas gdy ja starałem się zebrać z ziemi chociaż część świeżo zyskanego orężu. – Proszę to zostawić, dzisiejszej nocy nie będzie panu potrzebne. Moi ludzie dostarczą wszystko we wskazane przez pana miejsce.
Tajemnicza postać ruszyła przed siebie, a ja mimowolnie podążyłem za nią. Miałem już niejasne przeczucie z kim mam wątpliwą przyjemność.
– Chce pan obejrzeć miasto? Ocenić i zaplanować kolejne posunięcie? – zapytał mnie lord Vetinari, obecnie panujący w Ankh-Morpok tyran, a ja tylko głośno przełknąłem ślinę i kiwnąłem głową. – Mam lepszy pomysł. Zapraszam na spacer.
Oczywiście mogłem się nie zgodzić. Mogłem uciec, lub nawet zabić najważniejszą w mieście personę. Mógłbym… Och! Ile było rzeczy, które mógłbym zrobić… Tylko, że w tamtym czasie takie myśli nie wpadły mi głowy, a jestem pewien, że gdybym czegokolwiek spróbował bardzo szybko wpadłoby mi do głowy kilka bełtów.

Więc stało się tak, że przechadzałem się razem  z patrycjuszem ulicami i zaułkami Ankh-Morpok, nie ważąc odezwać się nawet słowem. Podczas naszego "spaceru" widziałem pomalowane w barwy straży miejskiej golemy, które patrolowały ulice. Widziałem gargulce cierpliwie wpatrujące się z dachów w każdy nasz krok. Widziałem krasnoludy, trolle, wampiry, zombie, gobliny, gnomy i kilku właścicieli szpiczastych kapeluszy. Wyobrażacie sobie co musi się dziać na ulicach w bardziej cywilizowanych godzinach? Ankh-Morpok ma w sobie wszystko, nie zdziwiłbym się nawet gdybym ujrzał złotowłosych elfów albo samych bogów przechadzających się ulicami miasta.
Im bardziej zagłębialiśmy się w wąskie uliczki, tym większe miałem wrażenie, że wpatrujące się we mnie zewsząd istoty zdążyły już podzielić między sobą łup na mnie zdobyty.

– Wejdziemy bocznym wejściem ­ powiedział nagle patrycjusz, który nie odzywał się podczas naszej "przechadzki". Po prostu pozwolił mi patrzeć. – Tutaj znajdziemy całą wiedzę, jakiej pan potrzebuje. ­ Zdążyłem zobaczyć tylko ostatnie słowo z tabliczki oznajmiającej nazwę lokalu: "...Bębnem", zanim lord Vetinari dosyć stanowczo wprowadził mnie do środka.
I tu nastąpiła kolejna niespodziewana rzecz: zdaje się, że nikt w środku nie przejął się przybyciem najpotężniejszego człowieka w mieście. Przywitały nas za to odgłosy niczym żywcem wyjęte z bitewnego pola. Cóż mogę powiedzieć: w środku trwała walka. Każdy bił się z każdym, a wszystkiemu towarzyszył pijacki śpiew i chlupot alkoholu wylewanego przy okazji co bardziej entuzjastycznych toastów. Po kilku minutach wrzawa ucichła (właściwszym określeniem byłoby: wygasła), a kiedy zrobiło się spokojniej wszyscy szturmem ruszyli do zajmowanych przez siebie miejsc. Ale cóż to była za zbieranina! Barbarzyńscy bohaterowie siłowali się na rękę z porośniętymi mchem trollami. Krasnoludy siedziały pod stołem, żłopiąc piwo, śpiewając o złocie, i tnąc pod kolanami każdego, kto za bardzo się zbliżył. Jakiś wampir stał spokojnie przy barze sącząc czerwony płyn z eleganckiego kieliszka. Kilku zombie zbierało swoje członki po niedawnej bijatyce.
Podczas oniemiały zajmowałem swoje miejsce obok patrycjusza do środka wszedł nawet wielki orangutan. I nikt nie zwrócił na niego uwagi! Małe małpie oczka, prześlizgnęły się po wnętrzu. Spojrzenie zatrzymało się na chwilę w najciemniejszym kącie, a na małpiej twarzy wykwitł szczery uśmiech.
Kiedy weszliśmy zdziwiłem się bardzo, że lord Vetinari zadowala się miejscem stojącym, że nie zajął właśnie tamtego miejsca. Naturalnie by tam pasował – najciemniejszy kąt, a w dodatku pusty. To był jedyny wolny stolik w całym Bębnie, ale lord Vetinari spojrzał tylko w tamtym kierunku i uśmiechnął się zupełnie tak, jak później zrobił to orangutan.
Głośno zapytałem o małpiszona.
­ Proszę nie wymawiać głośno słowa na „m”. – Patrycjusz pouczył mnie, kiedy człekokształtny został odciągnięty na bezpieczną odległość i udobruchany miską fistaszków. – On bardzo tego nie lubi – mówił dalej, a ja przed oczami miałem wyszczerzone, żółte kły, które nieubłagalnie zbliżały się w moją stronę. O nie, nie mam zamiaru nigdy więcej głośno wymawiać słowa na „m”.
Ochrona patrycjusza wróciła na swoje miejsca i znów stała się niezauważalna. To akurat nie było trudne. Wiecie, kto był ochroniarzem najpotężniejszego człowieka w Ankh-Morpok? Nie większe od dłoni niebieskie ludziki.
– NacMacFeegle – wyjaśnił patrycjusz. – Sprowadziłem cały klan. Trochę krnąbrne, ale niezawodne. – Nie uwierzyłbym, gdybym wcześniej nie zobaczył, jak jeden z Feegli sam odciąga wściekłego kilkusetfuntowego ma... człekokształtnego, a wracając wdaje się w zwycięską bójkę ze średniej wielkości trollem.

Z biegiem czasu byłem coraz bardziej zdumiony. Po kilku minutach znów wybuchła bijatyka, w którą tym razem włączyli się nawet obecni w lokalu magowie. Ku rozpaczy człowieka stojącego za barem do mieczy, maczug, toporów, pięści i zębów dołączyły niewielkie ogniste kule i błyskawice. Aż nagle wszystko ucichło jak ręką uciął. Początkowo podejrzewałem, że zadziałały tam jakieś potężne czary. Wszyscy jak jeden mąż zamienili się w praworządnych obywateli, spokojnie pochylającymi się nad swoim alkoholem. Usłyszałem nieśmiały dźwięk dzwonka dobiegający z zewnątrz, a po chwili w wejściu pojawiła się uśmiechnięta, nosząca lśniący pancerz, dwumetrowa postać – był to człowiek o szczerym uśmiechu i płomiennorudej czuprynie. Za nim, z cygarem w ustach wszedł drugi, starszy strażnik z ponurą, niczym wykutą z kamienia twarzą. Obydwaj przyjrzeli się uważnie wszystkim obecnym. Ich spojrzenia na dłużej zatrzymały się na owym pustym kącie. Młodszy uśmiechnął się jeszcze szerzej, starszy wykonał całkiem poważny salut.

Kiedy strażnicy wyszli, w środku jeszcze przez chwilę panowała pełna wyczekiwania cisza. Słychać było oddalający się dźwięk dzwonka, a wraz z kolejnym otwarciem się drzwi wszystko wróciło do normy. Niczym wicher do środka wpadł zasuszony staruszek z opaską na jednym oku i siwą, sięgającą do pasa brodą. O razu powalił jednego z groźniej wyglądających ludzi, wypił jego piwo po czym wdał się w walkę ze wszystkimi obecnymi. I znów każdy bił się z każdym, a chaos nie docierał jedynie do dwóch miejsc: tego zajmowanego przez nas i tajemniczego, pustego kąta.
Tym razem wszystko trwało o wiele dłużej. Jedni padali bez przytomności, podczas gdy nowi uczestniczyli dołączali do pozbawionej zasad bitwy. Zauważyłem, że patrycjusz rozmawia z kimś cicho. Tajemnicza postać odwróciła się w moją stronę i uraczyła uśmiechem, który zapamiętam do końca życia. To był chyba człowiek... A raczej kilku ludzi złożonych w jednego. Odniosłem niejasne wrażenie, że sam siebie składał do kupy… Odszedł, sprytnie unikając walczących, na odchodnym machając siedmiopalczastą dłonią w stronę tajemniczego kąta.

A potem znów, jak na komendę, zapanował spokój. Nawet jednooki staruszek nie wyrywał się do bitki, a przyłączył się do żłopiących piwo krasnoludów. Dzwonek znów zwiastował nadejście straży. Tym razem był to największy troll jakiego w życiu widziałem, a przed nim w drzwiach pojawiła się maszyna oblężnicza, na widok której nawet patrycjusz lekko się zaniepokoił. Strażnik rozejrzał się, a wszyscy obecni szybko opuszczali miejsca gdzie kierowało się to, co używał jako kuszy. I znów na końcu blaskiem dziesiątków diamentów rozświetlił nas szczery uśmiech skierowany do tajemniczego kąta.
Kiedy bijatyka wybuchła na nowo tym razem przyłączył się nawet mał... człekokształtny i kilku z małych niebieskich ludzików ochraniających patrycjusza. A ja tym razem wpatrywałem się uważnie w pusty kąt. Zauważyłem jak znikąd pojawia się mała zakapturzona postać – szczur, a raczej szkielet szczura, trzymający miniaturową kosę, który zniknął gdzieś w tłumie walczących.

A potem drzwi otworzyły się ponownie i w Bębnie znów zapanowała cisza. Tym razem było inaczej. Walki ustawały stopniowo. Zdawało się, że wszystkie głosy cichną wokół idącego spokojnie człowieka.
– Nie poinformowano mnie, że wrócił do miasta. – Oho! To była niezwykle ważna informacja, okazało się bowiem, że lord Vetinari nie jest wszechwiedzący. Z tym większym zaciekawieniem przyjrzałem się kroczącemu niepewnie magowi. Bo na pewno był to mag. Miał brodę, szatę i niegdyś spiczasty kapelusz, na którym napisane było "Maggus". Wyglądał jak skrzyżowanie zmokniętej kury i przestraszonej fretki. Nie mogłem zrozumieć czemu jego pojawienie się budziło we wszystkich taką reakcję? Odpowiedzią mogło być to, co pojawiło się wkrótce w Bębnie. Po tym co powiedziałem powinniście uwierzyć we wszystko. Nie będę miał jednak pretensji, jeśli tak się nie stanie. Do środka wszedł bowiem kufer na setkach małych nóżek. I chociaż nie miał oczu, byłbym przysiągł, że wpatrywał się we wszystkich morderczym wzrokiem.
Tajemniczy mag przywłaszczył sobie nagle zwolniony stolik na środku sali i wciąż nie podnosząc wzroku zajął się opróżnianiem kufli, które znalazły się w zasięgu jego drżących rąk. Zdawało się, że wszyscy na coś czekają. Jedni ze strachem, inni jak patrycjusz i ja, z ciekawością.
Nagle, dokładnie naprzeciwko maga, powietrze zawirowało i pojawił się ciągle rozszerzający się portal, z którego wychynęło dziesiątki macek. Maggus westchnął ciężko i sięgnął do stojącego obok kufra. Wyciągnął stamtąd dwie rzeczy, które położył przed sobą na stole. Macki cofnęły się z sykiem do swojego wymiaru, a jedynym po nich wspomnieniem był nieznaczny zapach siarki. Wychyliłem głowę, żeby zobaczyć tajemnicze artefakty zdolne poskromić piekielne istoty.
– JESZCZE NIE DZIŚ – Cały czas wpatrywałem się z niedowierzaniem w wielokrotnie cerowaną skarpetę i leżącą koło niej połówkę cegły, kiedy ten głos omal nie przyprawił mnie o zawał. Był niczym bicie trzytonowego mosiężnego dzwonu na dnie bezdennej studni*. Głos skierowany w stronę Maggusa dochodził z tajemniczego kąta. Czarodziej podniósł wzrok i posłał uśmiech się w tamtą stronę.
A ja wreszcie zobaczyłem.

Przy stole siedział właściciel GŁOSU. Zakapturzona postać nie zaszczyciła mnie swoją uwagą, za to zrobił to ten, który rozmawiał ze Śmiercią. Starszy pan. Na nosie te nowomodne szkiełka. Siwa broda, kapelusz – ale na pewno nie był to mag – poważny, ale o wesołym spojrzeniu. Wpatrywałem się w niego dopóki kąt znów nie stał się pusty. Ale ja już wiedziałem, że oni tam są. Że dalej rozmawiają.
– Nie przeszkadzajmy im. Długo czekali na spotkanie, mają sobie wiele do powiedzenia – oświadczył patrycjusz, a jego ton był inny niż zwykle. Na początku nie potrafiłem powiedzieć na czym polegała zmiana. Chyba pojawił się w nim... szacunek?
Wnętrze "Bębna" znów wybuchło bezładną walką, ale ja miałem już dosyć. Patrycjusz odstąpił mi kilku ze swoich ochroniarzy, od przyjaźnie już nastawionego orangutana dostałem kilka fistaszków i bezpiecznie opuściłem największe miasto Dysku, przy bramie słysząc jak ktoś "gardło sobie podrzyna" na uczciwość podziału zysków.

I teraz, po tym co zobaczyłem, jako wasz król, rozkazuje wstrzymać przygotowania floty i rozpuścić wojsko. Ankh-Morpok po prostu musi trwać.
I proszę przyprowadźcie do mnie tych, którzy wpadli na pomysł inwazji. Chciałbym pokazać im, jak w takich przypadkach postępuje lord Vetinari.

*W świecie gdzie osnowa rzeczywistości jest cieńsza niż warstwa złota na dukatach bitych w Ankh-Morpok jest to możliwe.
 malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz