piątek, 22 lipca 2016

Zdobywca. Narodziny Imperium - Conn Iggulden






„Odwaga nie może gnuśnieć niewykorzystana. Trzeba ją stale wydobywać na światło dzienne, aby umacniała się za każdym razem. Jeśli myślisz, że możesz ją odłożyć do czasu, kiedy będzie ci potrzebna, jesteś w błędzie. Odwaga jest jak każdy inny rodzaj siły. Jeśli ją zaniedbasz, nie znajdziesz jej, kiedy będziesz jej najbardziej potrzebował”*.

Pierwszy tom opowieści o Dżyngis Chanie, największym władcy Mongołów. W „Narodzinach imperium” zostaje nam przybliżony okres od jego narodzin aż po wojnę z Tatarami skutkującą zjednoczeniem kilku najważniejszych mongolskich plemion pod przywództwem młodego Temudżyna. Poznajemy relacje nastolatka z rodzeństwem i przede wszystkim z ojcem – chanem plemienia Wilków Jesugejem. Właśnie ta postać wysuwa się na pierwszy plan w początkowej fazie powieści. Silna i brutalna, jak na chana koczowników przystało. To po nim syn odziedziczył wolę, o którą można by giąć stal. Po śmierci Jesugeja cała jego rodzina zostaje wyrzucona z plemienia, porzucona bez dobytku na pastwę zimy. W tym czasie, gdy Temudżyn żyje na granicy śmierci głodowej, gdy każdy dzień jest walką o przetrwanie, w jego umyśle rodzi się wizja zjednoczenia wszystkich Mongołów, którą w końcu – jak wiemy z historii – zrealizuje.

Conn Iggulden nie owija w bawełnę. Nie szczędzi szczegółów w opisach pojedynków, potyczek czy bitew. Jest odpowiednio brutalny, gdy młody Temudżyn staje się zwierzyną łowną dla swojego byłego plemienia i gdy trafia do niewoli.

To także powieść wiarygodna. Obrazy z życia Mongołów są realistyczne. Jazda konna, strzelanie z łuku, walki – jak najbardziej w porządku. Fabułę pisało życie – zadaniem autora było przedstawienie wszystkiego tak, by zainteresować czytelnika. I tutaj następuje mały zgrzyt – Iggulden przyznaje na końcu książki, że przeinaczył fakty w przypadku porwania Borte, żony Temudżyna. Zrobił tak, aby nadać powieści dynamikę, aby wszystko zazębiło się w pierwszym tomie, ale moim zdaniem nie wyszło to „Narodzinom Imperium” na dobre. Tak samo jak próby zagłębienia się w myśli bohaterów, zwłaszcza Jesugeja – często nieciekawe albo wręcz naiwne.

Kolejna rzecz to początek, kiedy Temudżyn nie myśli jeszcze o zjednoczeniu koczowników. Jest tu potencjał, którego autor nie potrafił wykorzystać. Sytuację ratuje tylko Jesugej. Później jest coraz lepiej, akcja nabiera tempa, a bohaterowie drugoplanowi – charakteru, co sprawia, że trudno się oderwać od lektury. To dobrze wróży kolejnym częściom cyklu.

Sam styl pisarza… trudno stwierdzić, na ile te uwagi odnoszą się do niego, a na ile do polskich tłumaczy: zdania są budowane nieco topornie; w tekście jest wiele powtórzeń, imiona występują czasem po kilka razy w bardzo krótkich fragmentach.

Historia opowiedziana została w pięciu częściach (dotychczas po polsku wydano dwie, na trzecią czekamy) i już w tej pierwszej są niestety momenty, kiedy się dłuży.

Kolejny tom? Oczywiście, że przeczytam, oby tylko autor nie zwolnił tempa z końcówki „Narodzin Imperium”. Aha… jeszcze ten tytuł… Chyba lepiej brzmiałoby dosłowne przełożenie oryginalnego: „Wolf of the Plains”.

6/10

---
* Conn Iggulden, „Zdobywca. Narodziny Imperium”, przeł. Anna i Jarosław Fejdych, wyd. Papierowy Księżyc, 2014, s. 73.

malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz