piątek, 29 kwietnia 2016

Spartanin - Valerio Massimo Manfredi



„Głęboko wszakże jestem przekonany, że tylko rozpaczliwy czyn może wyciągnąć człowieka z rozpaczliwej sytuacji”*.

Opowieść o wielkiej Sparcie, w której bycie wojownikiem stanowiło jedyną możliwość dla jej mieszkańców płci męskiej. Jeśli dziecko nie nadawało się do takiego życia, zgodnie z prawem porzucano je w lesie na pewną śmierć. Taki los spotyka Klejdemosa – niemowlaka z chromą stopą. Jest on jednak silny, zanim znajdą go wilki, jego płacz usłyszy żyjący nieopodal stary helota, który z sobie tylko znanych powodów przygarnie go i nada mu imię Talos. Chłopiec dorośnie wśród niewolnych mieszkańców Grecji, nie wiedząc, że w niedalekiej Sparcie żyje jego prawdziwa rodzina.

Oczywiście kiedy już osiągnie pełnoletniość, spotka swojego brata, odezwie się w nim zew krwi i w końcu będzie musiał zdecydować, czy jest jednym z tych, którzy przygarnęli go ofiarując miłość, czy jednym ze Spartan, którzy takich jak on skazują na pożarcie przez wilki.

Wszystko dzieje się w czasach, gdy Grecji zagrażają Persowie, a słynna bitwa pod Termopilami ma wielkie (ale nie decydujące) znaczenie w książce Manfrediego. Właściwie heroiczna śmierć trzystu Spartan stanowi punkt zwrotny w powieści i w życiu głównego bohatera.

Autor ma ogromną wiedzę o czasach, o jakich pisze. Wszystko przedstawia bardzo dokładnie, z dbałością o szczegóły. Daje nam pełny obraz Sparty i całej Grecji, przedstawia ludzi żyjących w tamtych czasach, ich zachowania i motywy nimi kierujące. Może brzmi to bardzo dobrze, ale bardziej przypomina nudną lekcję historii niż (jak zachęcają nas słowa na okładce) pasjonującą powieść przygodową. Nie ma w tym pasji, nie ma emocji, Manfredi nie potrafi wciągnąć w historię, którą przedstawia. Nie ma polotu. Jest po prostu nudna, zbita ściana tekstu, która może spodobać się pasjonatom tamtych czasów. Dialogi także nie wyszły najlepiej, są jakby odrealnione, mało wiarygodne, jak w kiepskiej sztuce teatralnej.

Fabuła? Chociaż co najmniej w dwóch miejscach byłem pozytywnie zaskoczony zwrotami akcji, to w większości jest prosta jak konstrukcja cepa. Natomiast bardzo dobrze wychodzi autorowi próba ukazania przemiany wewnętrznej, jaka zachodzi w głównym bohaterze, jego walki z samym sobą, ze swoim pochodzeniem, wychowaniem i przeznaczeniem. To samo tyczy się spartańskiej rodziny Klejdemosa/Talosa. Brat, ojciec, matka – tę trójkę pisarz także bardzo dobrze „skonstruował”, aż chce się czytać o przeżyciach, uczuciach, jakie się w nich kotłują, emocjach, które nimi targają. Gdyby tylko cała powieść nie nudziła tak bardzo…

Generalnie nie jest dobrze. Sięgnąłem po „Spartanina” mając w pamięci bardzo dobrą trylogię tegoż autora traktującą o Aleksandrze Wielkim, dobrze czytało mi się także jego „Ostatni legion”. Tym razem jednak musiałem przyznać się do niepowodzenie przy wyborze lektury. Cóż, zdarza się i tak…

5/10
malynosorozec
---
* Valerio Massimo Manfredi, „Spartanin”, przeł. Joanna Kluza, wyd. Książnica, s. 146.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz