wtorek, 22 marca 2016

Metro 2035 - Dmitry Glukhovsky



Artem znów wędruje po moskiewskim metrze (i po powierzchni). Po zniszczeniu czarnych, po roku spędzonym w Zakonie wrócił na stację WOGN, nie może jednak pogodzić się z egzystencją, jaką ludzie prowadzą w podziemiach miasta. Bohater, który ocalił 50 tysięcy mieszkańców Moskwy, uważany jest za dziwaka; codziennie z radiostacją wychodzi na powierzchnię, by próbować połączyć się z innymi ocalałymi. Bezskutecznie. Jednak gdy na WOGN przybywa znany z „Metra 2034” Homer, który dzieli się z Artemem informacją, że na jednej ze stacji linii czerwonej komuś udało się porozmawiać z miastem Polarnyje Zori, w młodym bohaterze ponownie odżywa nadzieja na wyrwanie się z podziemi. Niestety nikt nie podziela jego entuzjazmu. Artem i Homer wyruszając więc w podróż po metrze. Odwiedzą niezależne stacje, Polis, hanzę, faszystów, komunistów. Podróż będzie długa, a jej zakończenie zaskakujące.

„Metro 2035” miało wywrócić Uniwersum do góry nogami, miało być powieścią na miarę rozpoczynającego trylogię „Metra 2033”. Miało… jest jeszcze wiele rzeczy, których się po nim spodziewano. Co z tego wyszło? Hmm… Na pewno Glukhovsky zmienia zasady gry i rzeczywiście wywraca do góry nogami stworzony przez siebie świat. Może to robić, bo któż twórcy zabroni, inna sprawa, czy wychodzi to trylogii na dobre (moim zdaniem – nie). A jeszcze inna, że całe Uniwersum i powstające na jego potrzeby pozycje to rok 2033, więc coś, co „dzieje się” dwa lata później nie musi na nie wpłynąć.

Dla mnie rezygnacja ze zmutowanych potworów, z zagrożeń (innych niż ludzie) w tunelach nie jest dobrym posunięciem. W pierwszym momencie gdzieś umknęła mi wzmianka o zniknięciu mutantów, więc czekałem, czekałem i wciąż czekałem, a tymczasem bohaterowie poruszali się swobodnie po opustoszałej Moskwie. Razi brak klimatu poprzednich części, ciągłego poczucia zagrożenia, gdy każdy krok był jak rzut monetą: życie albo śmierć.

Druga sprawa – rozwiązania fabularne. Raz: było. Dwa: nie kupuję tego. Trzy: nie rozumiem, jak niektóre z nich kupują bohaterowie.

Kolejna rzecz to próba zmienienia tego, co działo się w latach 2033 i 2034. Jak chociażby zbagatelizowanie wybicia czarnych, zmiany u faszystów czy nowe światło, w jakim przedstawiony został Hunter. I skoro o czarnych mowa… Cóż się stało z „Ewangelią według Artema”?

A na koniec narzekań zostawiłem sobie język, jakim napisana jest ta powieść. Pomysł niczego sobie: zapisać wszystkie dialogi tak, jak powinny brzmieć w takim świecie. Urywane zdania, szalona interpunkcja, seplenienie jednego z bohaterów. Tyle że pomysł pomysłem, a przy czytaniu człowiek się gubi, denerwuje, ma ochotę rzucić książkę w cholerę. Chociaż w tym miejscu wypadałoby zacząć chwalić, więc tak zrobię: rozmowa Artema z żoną w namiocie, to krzyczenie szeptem… I w pewnym rozdziale zapis prowadzony jedynie za pomocą dialogów, bez opisów, bez komentarza narratora. Tak, to po prostu chce się czytać.

Kolejną, chyba najważniejsza w zamyśle autora, sprawą jest pokazanie ludzi żyjących w metrze i systemów, jakie tworzą się w 2035 roku w Moskwie. Postawa władz w przeciwstawieniu do zachowania zwykłych ludzi. Kontrast między światłym Polis a biednymi niezależnymi stacjami. Zrezygnowanie i godzenie się z losem. Wszechobecne cierpienie i beznadzieja wyzierająca z ludzkich spojrzeń… W tym punkcie mam problem. Z jednej strony właśnie to stanowi w dużej mierze o Uniwersum, z drugiej – jest tego odrobinę za dużo jak na jedną pozycję. Staje się to w pewnym monecie męczące i nic niewnoszące… I polityczne. Jakby autor skierował swoją książkę do współczesnych Rosjan, mówiąc: Patrzcie, to wy! Przerysowani, ale jednak wy…

A teraz najważniejsza sprawa, czyli Artem. Pomijam pozostałe postaci, bo Artem jest Tym Jedynym (tylko jego żona nie blaknie w tle). Bardzo podoba mi się to, co Glukhovsky zrobił z tą postacią, jak ją traktuje, do czego zmusza. Pięknie się to wszystko komponuje z młodzieńcem, który dwa lata wcześniej ratował metro przed czarnymi.

Brakuje mi Huntera, ale jednocześnie cieszę się, że został na Sewastopolskiej.

I to by było tyle. Dostałem niezłą powieść, która ma i wady, i zalety, jednak całkowicie odbiega od mojego wyobrażenia o zakończeniu trylogii. I nie, nie sądzę, żeby mimo zapewnień wydawcy (Insignis, 2015) oraz pewnych zabiegów autora ta książka nadawała się dla czytelników nieznających „Metra 2033” i „Metra 2034”.

Więc tym razem obiektywnie i subiektywnie wychodzi na jedno:
6/10

malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz