poniedziałek, 8 lutego 2016

Pisarz i karawany - Jan Paweł Krasnodębski



„Trzeba tak zadbać o siebie, aby zawsze czuć się potrzebnym. Być wart samego siebie”[1].

Jedenastoletni Bogusław herbu Lubicz nie ma łatwego życia. Jego rodziców prześladuje widmo dziadka Tomasza, który na pewno jest teraz w piekle, a w którego ślady niewątpliwie idzie ich syn. W ogóle rodzice Bogusia są dziwni; ojciec prowadzi zakład zegarmistrzowski i na pewno ma kochankę, matka gra na pianinie i układa pasjanse, a te uparcie nie chcą jej wyjść. Chłopak czuje się zagubiony, nie ma gdzie szukać pomocy, jego dojrzewanie jest trudne.

To pierwsza część powieści „Pisarz i karawany” Jana Pawła Krasnodębskiego. Część bardzo dobra, szczera i prawdziwa, jak cała jego proza. Jak zwykle autor nie przebiera w środkach: bohater, tutaj nastolatek, pokazany jest w sytuacjach, o jakich zwykle się nie mówi, jakich istnienie stanowi wstydliwą tajemnicę. A Krasnodębski właśnie takie sytuacje opisuje, podając nam na tacy cały gniew, wstyd i ból, z którymi zmaga się Boguś. Pokazuje, jak wyglądają reakcje bohatera, kiedy nie trzyma on niczego w sobie, tylko wszystko wykrzykuje światu, jakkolwiek dziwnie by to wyglądało w naszych oczach.

Część druga mówi o dorosłym Bogusławie herbu Lubicz, który zgodnie ze swoim postanowieniem z dzieciństwa zmienił nazwisko na Karawan. To życie zniszczonego człowieka, lubiącego tulić się do drzew i zachowującego się w sposób nie zawsze dla nas racjonalny. Dostajemy także mocny, bardzo mocny opis jego wkraczania w wiek dorosły. Alkohol, leki, kobiety – wszystko bez umiaru, wszystko będące konsekwencją tego, co autor opisywał w pierwszej części. To najmocniejszy fragment powieści i jestem w stanie przymknąć oko na fantastyczne „przeczucia”, które towarzyszą bohaterowi.

Później następują części trzecia i czwarta, czyli „Abecadło” i „Notatki”, i nie wiem, jak się do nich odnieść. Czy to rozliczenie pisarza z własną przeszłością, rodzaj autobiografii, wspomnień? Groteskowa metafora losów człowieka i świata czy może coś zupełnie innego? Nie wiem i dlatego nie będę się wypowiadał.

Wiem natomiast, że dla kogoś nielubującego się w prozie Jana Pawła Krasnodębskiego lektura tych części będzie co najmniej dziwna. I dlatego nie polecę całej powieści na pierwsze spotkanie z tym autorem. „Martwy blues”, „Odwyk”, „Wielkie nic” – proszę bardzo. „Pisarz i karawany” – może później.

Autor jak zwykle jest świetnym obserwatorem rzeczywistości i przez swojego przerysowanego bohatera pokazuje świat, w jakim przyszło nam żyć:

„Świat był w ogóle smutny, moja ukochana ojczyzna i moje miasto też. Ludzie na ulicach rzadko uśmiechali się do siebie, chodzili prędko ze spuszczonymi oczyma”[2].

Mimo że tej akurat książki autora nie polecam, niewątpliwie jest ona niezwykła. Pierwsze dwie części przenoszą mnie w świat, o którym chcę czytać, pokazują człowieka, nad którym chcę się pochylić. Kolejnych dwóch po prostu nie rozumiem, co nie przeszkadza mi wynajdywać w nich perełki, takie jak:
„(…) i ta kobieta jest największym pięknem, cudem naturalności, księżyca i słońca. I wtedy można się zadurzyć, a potem, po wielu latach, być może zaprzyjaźnić”[3].

I to jest siła tkwiąca w prozie Krasnodębskiego. Coś tak prostego, co wyskakuje na nas z zapisanych stron i objawia oczywistą prawdę, której być może nie byliśmy świadomi. I wspomniana już przerysowana autentyczność, ból i niemoc przejawiające się w zachowaniu i wyborach bohatera, krzyk wylewający się z czytanych stronic.

Nie, nie jest to książka, którą polecę, nie jest to także książka, która zajmie szczególne miejsce na mojej półce i w mojej głowie. Ale zawiera ona wszystko, za co lubię prozę jej autora i to mi wystarcza.

6/10

„To jest wspaniała rzecz, gdy potrafi się myśleć o niczym”[4].

malynosorozec
---
[1] Jan Paweł Krasnodębski, „Pisarz i karawany”, wyd. Videograf II, 2007, s. 142.
[2] Tamże, s. 31.
[3] Tamże, s. 220.
[4] Tamże, s. 113.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz