poniedziałek, 29 lutego 2016

Czas Zmierzchu - Dmitry Glukhovsky



„Wiara jest podporą, której chwyta się ten, kto wątpi w swoje jutro”[1].

Dmitry Glukhovsky – człowiek, który dał nam metro z roku dwa tysiące trzydziestego trzeciego – chyba mogę tak napisać, w końcu Uniwersum Metro 2033 to jego najbardziej rozpoznawalne dzieło. Mnie zachwycił także wydanym niedawno „Futu.re”, a teraz – w nieco mniejszym stopniu, ale jednak – porwała mnie jego wcześniejsza książka, „Czas zmierzchu”. I chociaż odrzucają mnie porównania do Gogola, Browna czy Kinga zamieszczone na okładce, to jednak po skończonej lekturze nie mogę ich negować, przynajmniej w przypadku dwóch ostatnich panów, których twórczość poznałem.

Fabuła rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Współcześnie w Moskwie, gdzie pewien tłumacz w desperacji zgadza się przyjąć zlecenie na przekład tekstu z języka hiszpańskiego, którym bynajmniej nie włada z wielką biegłością. Z pomocą słowników rozpoczyna tłumaczenie pożółkłych ze starości stronic, zatytułowanych „Capitulo II”. Akcja dziennika toczy się w szesnastym wieku i to jest właśnie druga płaszczyzna. Hiszpański konkwistador na rozkaz swojego przełożonego, ku chwale Kościoła i Korony wyrusza wraz z kilkudziesięcioma zbrojnymi w głąb półwyspu Jukatan z misją niezwykłej wagi. Cóż to za misja i jakie niebezpieczeństwa czekają uczestników? Razem z bohaterem wraz z postępem jego tłumaczenia odkrywamy wszystko kawałek po kawałku.

W tym miejscu zasadne zdają się porównania do Dana Browna, Glukhovsky znakomicie porusza się wśród wierzeń pierwotnych mieszkańców Ameryki, bardzo dobrze dopasowując je do teraźniejszych wydarzeń. Umiejętnie dawkuje informacje, każąc nam zastanawiać się nad następnym krokiem i finalnym zamysłem.

Z kolei we fragmentach, gdy mistyka i nadprzyrodzoność wkraczają do współczesnej Moskwy – nie można odmówić wydawcy słuszności w porównaniu autora do Stephena Kinga. O tak, to jest najmocniejszy punkt powieści – fragmenty, gdy bohater nie wie, czy może wierzyć swoim zmysłom, gdy za jego progiem może czaić się czyste zło, przyprawiają o szybsze bicie serca i chęć dalszej lektury kosztem zarwania nocy.

Oczywistym jest, że tłumaczony tekst znacząco wpłynie na życie bohatera, że będzie on chciał za wszelką cenę zdobyć kolejne rozdziały, że dwa światy zaczną się przenikać. W jednej kwestii Glukhovsky nie potrafił mnie przekonać. Dlaczego dziennik tak bardzo fascynuje bohatera? Dlaczego wciąga go ponad wszelką miarę? Na końcu wszystko staje się jasne, ale przez sporą część powieści po prostu nie mogłem tego zrozumieć. Chociaż i mnie dziennik niezwykle zaciekawił, to niestety w przypadku fascynacji nim bohatera musiałem zadowolić się stwierdzeniami typu: nie wiem dlaczego, ale tak jest czy: działa jakaś siła, która pcha bohatera w objęcia owego tekstu.

Wszystko pięknie jak po sznurku prowadzi do niespodziewanego finału, w którym pisarz stosuje pewien znany motyw i robi to z całkiem dobrym skutkiem. Wiem, że niektórzy mogą poczuć się nieco rozczarowani tym, do czego wszystko zmierza, ale na pewno nawet oni nie odmówią autorowi kunsztu, z jakim ku temu momentowi prowadzi nas przez całą powieść.

Tylko ta współczesność, z jej problemami przedstawionymi za pomocą myśli bohatera… Ghlukovsky próbuje pokazać, co mu nie odpowiada w świecie w ogóle, w Rosji i w samej Moskwie. Niestety czasem zbyt nachalnie, czasem na zbyt długo przerywając główny wątek. Wojna, pamięć, wiara, władza – jest tu rozliczenie się między innymi z tymi tematami. Nie mówię, że odrzucam wszystko, co chce mi sprzedać autor przy okazji czarowania mnie akcją w „Czasie zmierzchu”. O, wart zapamiętania jest chociażby taki wiele mówiący cytat:

„Dzieci, nauczone mówić »Chwała bohaterom«, słabo pamiętają, o co w tych słowach chodzi”[2].

A i całość rozmyślań, jakie na kilku stronach towarzyszą temu zagadnieniu, warta jest dwukrotnego przeczytania.

Znajdzie się też kilka uniwersalnych prawd życiowych typu:

„Człowiek, który nie ma stałego miejsca pracy, nie ma potrzeby usprawiedliwiania się przed pracodawcą za nieobecność wywołaną problemami ze zdrowiem, a to znaczy, że nie ma poważnego powodu, by iść do lekarza”[3].

A także przemyśleń bardziej poważnych, które warto zacytować:

„Cóż począć, z wiarą jak z miłością: albo jest, albo jej nie ma”[4].


„Co może być straszniejsze i bardziej męczące od nadziei?”[5].

Lecz nie tego chcę. Nie tego oczekuje po „Czasie zmierzchu”, a przynajmniej nie w takich ilościach…

Glukhovsky pisać jednak potrafi i myślę, że ta będąca miszmaszem różnych stylów powieść jest tego dowodem. Dla mnie zostaje z tyłu za dwiema wizjami przyszłości, jakie od niego dostaliśmy, ale i tak z czasu poświęconego tej właśnie książce jestem więcej niż zadowolony.

8/10 

  malynosorozec
---
[1] Dmitry Glukhovsky, „Czas zmierzchu”, przeł. Paweł Podmiotko, wyd. Insignis, 2011, s. 200.
[2] Tamże, s. 188.
[3] Tamże, s. 112.
[4] Tamże, s. 199.
[5] Tamże, s. 334.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz