piątek, 18 grudnia 2015

Trylogia "Więzień Labiryntu" (Więzień Labiryntu, Próby Ognia, Lek na Śmierć) - James Dashner





Thomas budzi się w niewielkim, ciemnym pomieszczeniu i jedyne, co pamięta to swoje imię. Jego klatka porusza się w górę, czyli musi być jakąś windą. Kiedy owa winda wreszcie nieruchomieje, a do środka wpadają promienie słoneczne, oczom chłopaka ukazuje się mnóstwo twarzy. Sami nastolatkowie, w podobnym jak Thomas wieku. Sami chłopcy. I tak samo jak nowo przybyły nie pamiętają świata sprzed zesłania w owo tajemnicze miejsce (No, może nie wszyscy, ale o tym za chwilę).

Thomas poznaje przywódców dobrze zorganizowanej społeczności, zaprzyjaźnia się z najmłodszym z jej członków – Chuckiem, i stara się rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. Znajduje się w otoczonym olbrzymimi murami miejscu wielkości siedmiu boisk piłkarskich, przez samych chłopców nazwanym Strefą (nie mylić ze stalkerską Strefą), a wokół rozciąga się Labirynt, z którego od dwóch lat nikomu nie udało się znaleźć wyjścia. Co miesiąc w Pudle przybywa jeden chłopak, zaopatrzenie dostarczane jest zgodnie z zapotrzebowaniem mieszkańców. Nie wiadomo nic o Stwórcach ani o celu, w jakim zamknięto wszystkich w tym miejscu. A w Labiryncie nocami krążą przerażający Bóldożercy. Na szczęście wrota do Strefy na noc zostają zamknięte, zapewniając Streferom bezpieczeństwo, ale biada Zwiadowcom, którzy nie zdążą wrócić przed zmrokiem.

Zwiadowca – to słowo nie daje Thomasowie spokoju. Nie wie dlaczego ani co się z tym wiąże, ale ma pewność, że musi zostać Zwiadowcą przemierzającym Labirynt. Nie będzie to łatwe, część mieszkańców Strefy jest do niego negatywnie nastawiona, a ci, którzy podczas niezwykle bolesnego procesu odzyskali część pamięci okazują mu jawną wrogość. Żaden z chłopców nie wie jeszcze, że niebawem zmienią się zasady gry. Wcześniej niż zwykle pojawi się kolejny Strefer i przyniesie wiadomość, że wszystko zmierza ku końcowi. Nie będzie już żadnych dostaw, nie będzie nowych przybyszów. Wszyscy poczują, że czasu na znalezienie wyjścia jest coraz mniej.

Brzmi znajomo, prawda? Zamknięcie grupy ludzi w pełnym niebezpieczeństw miejscu. Albo grupa nastolatków (ani przez chwilę nie śmiemy wątpić, że w jakimś sensie wyjątkowych), wśród których od razu łatwo wychwycimy tych jeszcze bardziej wyjątkowych. Tylko o co tu chodzi? Dlaczego Labirynt? Tego będziemy dowiadywać się stopniowo podczas lektury „Więźnia Labiryntu” i „Prób ognia”. Pewnie już zauważyliście nagromadzenie Wielkich Liter: Strefa, Labirynt, Zwiadowca, Bóldożerca, Pudło, Stwórcy… jest tego jeszcze więcej we wszystkich tomach. Moje najczęstsze reakcje podczas lektury trylogii „Więzień Labiryntu”? Pełne zachwytu „wow!” i pełne niedowierzania „co do jasnej ch…”. Dwie strony medalu.

Powieści naszpikowane są emocjami i akcją. Autor nie daje nam odpocząć, umiejętnie dawkując informacje, nie pozwalając się nudzić, sprawiając, że chcemy pochłonąć wszystko w jedną noc. Naprawdę wiele się dzieje i mamy niemałą frajdę z odkrywania razem z bohaterami kawałek po kawałku rozwiązania, które ma pomóc im uciec. I jest brutalnie. Wiem, że to pozycja przeznaczona dla młodzieży i bardzo mnie ta brutalność zdziwiła, ale naprawdę bez niej nie byłoby tak dobrze. Dashner nie szczędzi bohaterom potu i krwi, opisuje zadawane im wielkie cierpienia i nie waha się przed ich eliminacją. To jest dobre, dodaje autentyzmu i sprawia, że niczego nie jesteśmy pewni.

Z drugiej strony pisarz popełnia tak proste błędy, że co chwilę ma się ochotę soczyście zakląć z myślą: „I to ma być światowy bestseller? Naprawdę przydałoby się całość dopracować”. Na przykład jedną informację powtarza dwa lub trzy razy i daje nam do zrozumienia, że bohaterowie za każdym razem przeżywają/dowiadują się o tym po raz pierwszy. Albo nielogiczności w treści. Te szczególnie bolą. Coś w stylu: „idziemy ciemnym tunelem, och jak nam źle, że nic nie widzimy, gdybyśmy chociaż widzieli siebie nawzajem, zamiast co chwilę na siebie wpadać”. A w kolejnych rozdziałach okazuje się, że wszyscy mieli zegarki z podświetlanymi tarczami. Podobnych nielogiczności we wszystkich trzech częściach jest naprawdę dużo.

Jest też denerwująca maniera głównego bohatera, która każe mu niemal każdą nową trudność nazywać najgorszą rzeczą na świecie (albo jeszcze mocniej). Rozumiem, że to, co przeżywa jest naprawdę straszne, ale ileż można! Przykład: zamykają chłopaka w Ciapie na jedną noc. Nie ma mebli, jest ciemno i nieco zimno. A ten lamentuje, że to najgorsza rzecz na świecie, takie zamknięcie (na jedną noc!), i wolałby zmierzyć się z całą hordą Bóldożerców.

Jest jeszcze Przeczucie (to już moja własna Wielka Litera). Thomas często musi coś zrobić. Nie wie dlaczego, wie jednak, że to konieczne, że tak powinien się zachować. Ze strony autora sprytny wybieg – nie musi zagłębiać się w motywy i przesłanki kierujące bohaterem; dla czytelnika – rzecz po pewnym czasie denerwująca.

Czyli są dwie strony medalu. Jedna: nie możemy się oderwać od lektury; druga: bardzo się podczas czytania irytujemy. Tak jest w „Więźniu Labiryntu” i w nieco mniejszym stopniu w „Próbach ognia”, w których stopniowo zaczyna przeważać ta zła strona. W „Leku na śmierć” natomiast już od początku nawet zalety stają się męczące i wtórne.

O ile wspomniane wcześniej dawkowanie informacji doskonale sprawdza się w dwóch początkowych częściach, o tyle w trzeciej autor chyba sam nie bardzo wie, w jakim kierunku wszystko zmierza. Albo może: doskonale wie, co chce osiągnąć, nie wie natomiast, jak. Już mniej więcej od połowy „Prób ognia”, kiedy świat stworzony przez Dashnera odkrył przede mną większość tajemnic, miałem swoją wizję zakończenia. I proszę bardzo; ostatnie strony pokryły się z moimi wyobrażeniami.

Nie mówię, że pisarz w ogóle nie zaskakiwał mnie w ostatnim tomie. Mówię, że w większości były to zaskoczenia in minus. Szkoda, gdyż po „Więźniu Labiryntu” mimo jego wielu wad czułem ochotę na więcej, chciałem poznać wszystko, co ma do zaproponowania autor. I ta chęć utrzymywała się w czasie lektury tomu drugiego (choć, jak wspominałem, w nieco mniejszym stopniu).

Od pierwszych stron wydawało mi się także, że te powieści są bardzo „filmowe”. I oczywiście panowie i panie z Hollywood pomyśleli podobnie. Z tym, że po obejrzeniu pierwszej części byłem niemiło zaskoczony. Film niemalże od początku odchodzi od książki i podąża swoją ścieżką w tym samym świecie. Pierwsza scena, kiedy Thomas wyjeżdża w Pudle do Strefy, jest genialna. Dalej z mojej strony było tylko zdenerwowanie i westchnienia niedowierzania. Tak że jeśli po lekturze zdecydujecie się na obejrzenie ekranizacji, nie nastawiajcie się na wierność oryginałowi, lecz raczej na bardzo luźną adaptację.

A polskie wydanie? Jeden zasadniczy problem. Niektórzy bohaterowie porozumiewają się w myślach i dialogi te zapisane są kursywą. Wszystko pięknie, ale dlaczego w takim razie niektóre zwykłe wypowiedzi też są tak zapisywane? Myli to i przeszkadza w lekturze.

I jeszcze pytanie do pracowników wydawnictwa: Dlaczego na tylniej okładce „Leku na śmierć” (Papierowy Księżyc, 2013) znajduje się akurat taki opis? Chodzi mi o fragment o Thomasie i jego wspomnieniach. Nijak to się ma do treści książki

Podsumuję: warto przeczytać dla emocji, jakie daje lektura dwóch pierwszych części; nie warto – ze względu na rozczarowanie, jakie przynosi część trzecia.

„Więzień Labiryntu” – 8/10
„Próby ognia” – 7/10
„Lek na śmierć” – 4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz