poniedziałek, 7 grudnia 2015

Mesjasz Formatuje Dysk - Henry Lion Oldi




„Zaczyna odwaga, decyduje siła
Rozstrzyga duch.
Z nauk mistrzów”[1]


Jak umierają mnisi?

Czasem znajduję wątek, postać czy wydarzenie, które w jakimś sensie staje się dla mnie najważniejsze w całej powieści. Najczęściej przewija się TO na kartach całej książki i, moim zdaniem, nie było zamierzeniem autora (autorów), aby stało się najważniejszą częścią ich dzieła. Cóż, jako czytelnik mam prawo czytać i rozumieć książki po swojemu.

Jak umierają mnisi?

To najważniejsze, moim zdaniem, pytanie w powieści „Mesjasz formatuje dysk”, a odpowiedź, którą dają autorzy, jest ze wszech miar zadowalająca.

A teraz słów kilka informacji, o czym mówi owa książka:

W Podniebnej Krainie od dłuższego czasu źle się dzieje. Martwi wstają z grobów, zaś na żyjących pada cień choroby zwanej „Szaleństwem Buddy”. Prawo Karmy nie działa właściwie i coraz częściej zdarza się, że w jednym ciele znajduje się wiele dusz, a ludzie robią rzeczy, których nikt nigdy by się po nich spodziewał. Spokojna i przyjazna Ósma cioteczka na przykład z zadziwiającą łatwością pokonuje straże prześwietnego Zhou-Wanga i dostaje się w jego pobliże, bynajmniej nie w przyjaznych zamiarach. Dziwne zachowanie, nieprawdaż? Tą akurat sprawą zająć musi się sędzia Bao, zwany Smoczą Pięścią. Pomogą mu pewien taos, pewien szpieg i pewien niepozorny chłopiec, którego ciało mieści dwie bardzo różniące się od siebie dusze. Noszący miano podpory Nieustraszoności sędzia wie, że wszystkie niewytłumaczalne zjawiska w Podniebnej Krainie są ze sobą połączone. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi i prowadzi go nawet do Piekła Fengdau, gdzie, jak się okazuje, także źle się dzieje. Jednak koniec końców wszystkie tropy wiodą do klasztoru Shaolin, w którym mnisi-wojownicy starają się osiągnąć Oświecenie.

„Mesjasz formatuje dysk” jest powieścią zakręconą. Bardzo zakręconą. Może wspomnę, że na chwilę przeniesiemy się nawet do teraźniejszości, zobaczymy czterech jeźdźców apokalipsy czy Piołuna, a w piekle dusze gotowe są katować siebie nawzajem, byleby kara w ogóle się odbyła. Na dodatek to bardzo „wschodnia” opowieść, co dla czytelników w naszym kraju, przyzwyczajonych do zupełnie innej fantastyki, może stanowić pewne wyzwanie. Tak było w moim przypadku. Inne wierzenia, inne tradycje, inne zachowania, inni ludzie. A jednak, kiedy już złapiemy właściwy rytm, czyta się to wszystko bardzo dobrze.

Nie ukrywam, że lubię prozę ukraińskiego duetu ukrywającego się pod pseudonimem Henry Lion Oldi. Lubię i bardzo cenię, między innymi za opisy, które i w tej pozycji nie zawodzą. Autorzy bardzo dobrze je dawkują. Solidne, obszerne fragmenty przeplatają się z krótkimi, pozostawiającymi lekki niedosyt, lecz mającymi wielką moc oddziaływania scenami. Dobrym przykładem są opisy walk (w końcu główną rolę odgrywają tu mnisi-wojownicy!) albo szkolenia, jakie przechodzą przyszli mnisi: dużo o zwykłym dniu kandydata do ogolenia głowy, a później krótko i dosadnie o końcowym „egzaminie”.
Zresztą oddam głos pisarzom:

„Powtórzył ze zręcznością prawdziwego mistrza, zakończywszy śmiercionośne uderzenie orlich szponów w powietrzu – i wydało się, że mrok stęknął z bólu”[2].

Proste słowa, prawda? Ale scena, jaka staje przed oczami przy czytaniu tego jednego zdania… Istota tkwi w przygotowaniu wszystkiego z myślą o jednym konkretnym momencie, budowaniu napięcia, wciąganiu w sytuację, aż w wyobraźni niemalże słyszy się odgłos, z jakim mrok przyjmuje cios… Trudno mi to opisać w kilku słowach... Zresztą, jeśli chodzi o słowa, znów zacytuję:

„Prawda zaś tkwi tylko w milczeniu, ponieważ słowa…
To tylko słowa.
Kule, którymi się wspiera chromy duch”[3].

W ogóle dużo jest w „Mesjaszu...” głębszych przemyśleń. O człowieku, duszy, prawdzie, oświeceniu. A wszystko z perspektywy ludzi Wschodu. To ciekawi. Sporo jest także nawiązań do chińskiej tradycji i historii.

I dużo akcji. Przez cały czas dużo się dzieje, Oldi nie pozwala nam się nudzić. Na ponad czterystu stronach drobnym drukiem znajduje się naprawdę niewiele fragmentów powodujących lekkie znużenie (jednak niestety są). Piszę to z bólem serca, ale całość jest, powiedzmy, o pół tonu za bardzo zakręcona. Konkretnie główny wątek taki jest.

Fantazji autorom nie można odmówić. Ani umiejętności wciągnięcia w swój świat. Mimo wielu niewiarygodnych pomysłów czułem się bardzo naturalnie podczas lektury. Tak jak bohaterowie powieści, przyjmowałem wszystko (no, prawie wszystko) bez mrugnięcia okiem. Martwi wstają z grobów? Zaraz coś na to zaradzimy. Trzeba udać się do piekła i porozmawiać z jego władcą? Prowadź, dostojny taosie!

Nic nie jest w stanie zdziwić czy wyprowadzić z równowagi bohaterów powieści, a oni sami są skonstruowani bardzo starannie i naprawdę trudno się z nimi nie zżyć, nie kibicować im. Nawet tym teoretycznie złym.

Ocena dla mnie jest jasna i jak najbardziej zasłużona, jednak nieco boję się polecić komukolwiek tę pozycję. Obawiam się, że trzeba mieć specyficzny gust, żeby polubić prozę Oldiego w takim wydaniu. Cóż, ja jak zwykle jestem zachwycony tym, co mają do zaoferowania.

Jeszcze słów kilka o polskim wydaniu: zbyt wiele literówek i drobnych błędów. I nie starajcie się nie oceniać książki po okładce. W tym akurat przypadku oddaje ona wydarzenia, o jakich przeczytamy, ale jest, delikatnie mówiąc, tandetna.

9/10

„Drapieżnik jest silny i agresywny z natury, dlatego okazuje mniej okrucieństwa w ferworze walki. Drapieżniki mają wspaniały oręż, ale też nie mniej potężną uzdę – nie przegryza się gardła pokonanemu konkurentowi i nie goni przegranego brata, by mu jeszcze dołożyć; drapieżnikowi wystarcza demonstracja siły.
Słaby jest od samego początku słabeuszem i dlatego jest okrutny do granic histerii; słaby musi okazywać się nieustannie! Rozum dał słabemu człowiekowi siłę drapieżnika, ale słabeusz nigdy nie miał powstrzymującej okrucieństwo uzdeczki drapieżcy”[4].

„Tylko wtedy gdy możesz zabić, zaczynasz pojmować, iż można nie zabijać.
Najbardziej niebezpieczne stworzenie na świecie – to tchórz-słabeusz, który znalazł się na pozycji zwycięzcy”[5].

„Jeden trup od miliona trupów różni się tylko wielkością liczb i terminami pracy”[6].

---
[1] Henry Lion Oldi, „Mesjasz formatuje dysk”, przeł. Andrzej Sawicki, wyd. Solaris, 2004, s. 218.
[2] Tamże, s. 429.
[3] Tamże, s. 198.
[4] Tamże, s. 410.
[5] Tamże, s. 414.
[6] Tamże, s. 398.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz