środa, 25 listopada 2015

Droga Zimnego Serca - Glen Cook



„Wszyscy ludzie popełniali złe uczynki, jeśli tylko dostrzegli szansę, że może im to ujść na sucho”*.

Długo czekałem na tę pozycję. W międzyczasie trzykrotnie przeczytałem pozostałe powieści Glena Cooka. Miałem nadzieję poznać wreszcie zakończenie cyklu „Imperium Grozy”, ale już po pierwszych stu stronach zdałem sobie sprawę, że nic z tego. Domyśliłem się, że autor nie zamierza żegnać się z tym akurat światem. Może to i dobrze?... Co ja piszę, na pewno dobrze! Z tym, że wolałbym, aby kolejna część przypominała te początkowe. Może coś o Krucjatach Nawami albo o czasach, gdy do władzy w Imperium Grozy dochodzili Książęta Taumaturgowie? A może młodość ojca Bragiego?
„Droga zimnego serca” przypomina niestety dwie poprzednie części. Co daje jej pozycję powieści niemalże bardzo dobrej. Szkoda, że tylko tyle.

Najbardziej razi mnie to, iż autor bardzo zdewaluował większość występujących w „Imperium Grozy” postaci. Ragnasrosn, Treblickock, Hauron, Adept – są cieniami samych siebie z poprzednich tomów. Varthlokkur, Starzec, Nephante – ich rozwój nie idzie w dobrym kierunku. Jedynie Mgła i lord Ssu-ma zasługują na pochwałę. No i dzieci Mgły.

Fabularnie – za dużo zamieszania. Krótkie rozdziały z początku czyta się dobrze, mamy nadzieje, że doskonale rozstawią postaci na planszy, ale w miarę upływu czasu nic się nie zmienia. W połowie książki nadal nie bardzo wiadomo, w jakim kierunku wszystko zmierza. Dochodząc do jej końca nie byłem pewien, czy autor tak właśnie wszystko zaplanował, czy coś jednak poszło źle.

Ślepe zaułki i całkowicie niewykorzystany potencjał części postaci – to moje pierwsze wrażenia po skończeniu lektury. I jeszcze teleportacja, i nieodłączna myśl, że coś jest nie tak, że coś nie zgadza się z wydarzeniami opisanymi w jednym z poprzednich tomów… Ale mimo wszystko nawet przez myśl mi nie przeszło, aby porzucić lekturę. Cook to Cook i potrafi wciągnąć w swój świat.

Wy, którzy czytaliście poprzednie części, i tak sięgnięcie po „Drogę zimnego serca” – powieści Glena Cooka są jak narkotyk, chce się więcej, nawet kiedy jakość, jak w tym przypadku, jest nieco niższa.
A wy, którzy nie zaczęliście jeszcze lektury „Imperium Grozy” – lepiej nadróbcie zaległości.
Pierwsze pięć powieści cyklu to absolutnie najwyższa półka fantasy. W Polsce ostatnio wydane zostały w zbiorczych tomach. Pierwszy, czyli „Okrutny wiatr”, opowiada historię wojen podzielonego zachodu z żądnym podbojów Shinsanem. W środku wszystkiego jest maleńki kraj o nazwie Kavelin i Bragi Ragnarson, barbarzyńca z mroźnej północy, który zostaje najważniejszym człowiekiem na zachodzie. Są potężni magowie (ci się autorowi udali zacnie!), królowie, dowódcy, rycerze i przede wszystkim chcący po prostu przeżyć zwykli ludzie – czyli mieszanka, do jakiej przyzwyczaja w swoich książkach Glen Cook. I konflikty zbrojne. Zarówno te stosunkowo niewielkie, w których ścierają się lokalni feudałowie, jak i te, gdzie ofiary liczone są w milionach.

O tak, trzy części zebrane w „Okrutnym wietrze” zapewniają solidną dawkę adrenaliny. A smaczku dodaje fakt, że rewelacyjny pierwszy tom jest czymś w rodzaju wprowadzenia do jeszcze lepszej kontynuacji – i to postaci, zdawałoby się, drugoplanowe odgrywają największą rolę w dalszych częściach.

Później wydawnictwo Rebis dało nam w „Fortecy w cieniu” dwa tomy, w których cofamy się w czasie do młodości dwójki spośród głównych bohaterów. Niewiele tu tytułowego Imperium Grozy, są przede wszystkim wojny religijne, które skąpią we krwi połowę kontynentu. Wszystko bardzo dobrze przemyślane, poszczególne wątki idealnie łączą się z przyszłością, znaną nam już z „Okrutnego wiatru”.

Właściwie kolejność czytania jest dowolna, jak najbardziej można zacząć od „Fortecy w cieniu”.
I to są pozycje, od których nie sposób się oderwać. Później… Później jest „Imperium nieznające porażki”, gdzie wydawnictwo zmieściło kolejne dwa tomy cyklu, dodając kilka opowiadań z tego samego świata. Te teksty, napisane na przestrzeni wielu lat, traktować można jako ciekawostkę. Znów ten sam zarzut: są dobre, miejscami bardzo dobre, ale nic więcej, co w odniesieniu do twórczości tego akurat autora zdecydowanie nie wystarcza. Powiem tak: ci, którym nie przypadną do gustu „Okrutny wiatr” i „Forteca w cieniu”, niech nie sięgają po dalsze części. Nic lepszego tam ich nie czeka. A ci podobni do mnie i tak wchłoną wszystko, co zostało opatrzone nazwiskiem: Glen Cook.

„Drodze zimnego serca”, jak już pisałem, bliżej do bezpośrednio poprzedzających ją tomów. Akcja toczy się na wszystkich możliwych frontach: w Kavelinie, Hammad-al Nakirze, Shinsanie czy Smoczych Zębiskach. Warto przed lekturą odświeżyć sobie znajomość wcześniejszych części, gdyż od początku dużo się dzieje i jak zwykle nie ma miejsce na opisy. Jest akcja. Dużo akcji.

Jeszcze słów kilka o zmianie tłumacza. Tak samo jak w przypadku „Delegatur nocy”, nie wyszło to najlepiej. Niektóre nazwy własne zmieniły brzmienie (na przykład nie znajdziemy już „Księcia Szarego Płaskowyżu”, tylko jego angielski odpowiednik. Aha… I ciągłe powtarzanie „Stary Wścibinos”…). Dla kogoś takiego jak ja stanowi to pewien problem. I nie ma mapy, która w tej akurat części bardzo by się przydała.

No, ale już nie narzekam. Za to chwalę: za okładki wszystkich części przede wszystkim. To jest coś, na co miło popatrzeć, szkoda, że na półce nie ma tyle miejsca, żeby wszystkie książki Glena Cooka mogły leżeć frontem…

A teraz podsumowuję:

Nie jest to Glen Cook w najwyższej formie, ale i tak czekam na więcej i mimo narzekań daję obiektywnie całkowicie niezasłużoną ósemkę. Ale przecież w czytaniu nie chodzi o obiektywną analizę wartości poszczególnych składowych książki, tylko o emocje, jakie wywołuje w nas owa książka. A jeśli o nie chodzi, powtórzę za pewnym kabaretem: „Będzie Pan zadowolony!”.

8/10

---
* Glen Cook, „Droga zimnego serca”, przeł. Zbigniew A. Królicki, wyd. Rebis, 2015, s. 396.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz