środa, 15 lipca 2015

Kroniki Arkadyjskie - Dominik Sokołowski





„Obok chciwości to żądza jest głównym narzędziem ludzkich poczynań”[1].

Już patrząc na mapę zamieszczoną w każdej części „Kronik arkadyjskich” widzi się, że świat przedstawiony przez Sokołowskiego będzie niemalże kopią tego znanego nam z historii. Do tego nazwy, nazwiska, obyczaje, a także religie – na przykład: Soter, awatar Theosa, zszedł z niebios i żył wśród ludzi kilkaset lat wcześniej. Stąd główna religia Imperium to soterianizm, a najważniejszym obok cesarza człowiekiem w Imperium jest Patriarcha tegoż Kościoła. Ale istnieją również demony i anioły, a wszystko, o czym mówi religia, to prawda. Jest także inkwizycja. Autor opisuje nawet zejście do najgłębszych kręgów piekła. No i jeszcze magia. I Opatrzność. I Królowa Śniegu oraz jej Kay. Ogólnie odnoszę wrażenie, że w budowę swojego świata pisarz włożył sporo pracy. Widać tego efekty. Dominik Sokołowski sam siebie określa jako miłośnika średniowiecza i wszystko wskazuje, że naprawdę ma pojęcie o okresie, w jakim umieścił akcję swojej trylogii.

Pierwsza część, czyli „Kwiat paproci”, rozpoczyna się od obalenia cesarzowej i przejęcia władzy przez generała jej armii. Z życiem uchodzi sześcioletni Isaakios, prawowity (chociaż niektórzy twierdzą, że jest bękartem) następca tronu. Przez kolejne lata opiekuje się nim centurion Łamignat, wspomagany przez nieujawniającego swojej tożsamości Mentora.

Mniej więcej w tym samym czasie młody inkwizytor w jednym z miast na zachodzie przygarnia dziewczynkę, z której postanawia zrobić niezwykłą broń dla swojego zakonu. Szkoli ją wszechstronnie i gdy Michelle wyrasta na mądrą i piękną kobietę, staje się doskonałą agentką, posyłaną tam, gdzie szerzy się herezja.

Jest jeszcze trzeci wątek: Vlora, ziemie Iliasa, zostaje napadnięta przez Vindladczyków. Żona i dzieci rycerza giną, a ten, pogrążony w rozpaczy, wyrusza wraz z wiernym giermkiem Basarabem szukać zemsty.

Cesarz dorasta i postanawia sięgnąć po swoje dziedzictwo. Michelle, której nauczyciel stał się wielkim inkwizytorem, przybywa do Chrysopolis, aby zdemaskować zagrażającą Kościołowi sektę. Ilias kieruje się na północ, do mroźnej Vindlandii.

Autor naprzemiennie opisuje perypetie bohaterów; z czasem, jak można się domyślić, ich losy zaczną się przeplatać.

Aha… jest także Apolyn, nazywający sam siebie dziedzicem Sotera, aspirujący do roli Boga człowiek… nie, nie człowiek: istota o ciągle rosnącej mocy i ambicji. Porwany z samego piekła przez mnichów czarodziejów, obawiających się, że może stać się sprawcą przepowiedzianego końca świata.

Dobrze to wygląda. Napisane z rozmachem, dokładnie, z dbałością o szczegóły. Czasem może zbyt rozwlekle, co nie stanowi jednak największego problemu. Najważniejszy zarzut to ten, że debiutujący autor kiepsko radzi sobie z pewnymi kwestiami, zwłaszcza z relacjami między ludźmi. Są bardzo naiwne. Tak samo niektóre myśli i dialogi. Naiwne i nieco dziwne. Jakby bohaterowie wychowali się w idyllicznym miejscu, gdzie prawość i szlachetność cechują wszystkich ludzi. Źle to zostało przedstawione po prostu, niczym wyjęte żywcem z książki dla dzieci, a przecież powieściowa rzeczywistość jest mocna, brutalna. Nie ma w tym płynności, nie ma wiarygodności. Cały z mozołem budowany świat dużo na tym traci.

Pierwszy tom czyta się naprawdę ciężko i nie wiem, czy sięgnąłbym po następny, gdyby nie bardzo dobry zwrot akcji pod koniec. Autor rozegrał to doskonale i oto miałem w ręce „Adamantowy miecz”, gdzie wszystko wyglądało o wiele lepiej. Nabyte doświadczenie dało o sobie znać i zarówno druga, jak i trzecia część napisane są dobrze. Cały czas widać tę „naiwność”, ale nie jest już aż tak rażąca.

W „Kronikach arkadyjskich” jest wiele niespodziewanych zwrotów akcji, takich jak pod koniec „Kwiatu paproci”. Zaskakują i wciągają w lekturę. W trzecim tomie zdajemy sobie jednak sprawę z istnienia pewnego schematu i możemy przewidzieć, co się stanie. Co jakiś czas autor zmienia ważność poszczególnych wątków. To także nie pozwala się nudzić, ale może wprawić w lekką konfuzję. Śledzimy losy bohaterów, wybieramy sobie tych, którym będziemy kibicować, a tu okazuje się, że ich losy są już tylko tłem dla większych wydarzeń. Dla mnie to akurat zaleta powieści.

Jest też kilka smaczków, które podnoszą wartość serii. Na przykład zawsze zastanawiałem się nad walką ze smokiem. Jak opisać pokonanie przez nieparających się magią ludzi olbrzymiego, zionącego ogniem gada. A autor „Kronik arkadyjskich” poradził sobie z takim opisem bardzo dobrze. Odpowiednio przygotował grunt i pokierował walką tak, że nie ma się do czego przyczepić. Sceny batalistyczne także są przemyślane i napisane solidnie. Ale… tutaj znowu w grę wchodzi wspomniana „naiwność”. Przemowa w ogniu walki, która powoduje zmianę stron? Strasznie razi.

Piekło, demony i anioły stanowią barwne uzupełnienie, ale zostały potraktowane nieco po macoszemu. Tak samo jak magia. Gdzieś tam jest, odgrywa wielką rolę w finałowych scenach, lecz niewiele dowiadujemy się na temat czarów. Magami są członkowie jednego z zakonów, na czym jednak polega czarowanie, skąd bierze się moc, kto może zostać magiem? No i zdolności Apolyna w finałowym tomie… Ponad skalę.

Ja nie żałuję lektury „Kronik arkadyjskich”, ale… szkoda, że pierwsza część odstraszy większość czytelników od dobrze pomyślanej serii.

„Kwiat paproci” 5/10
„Adamantowy miecz” 7/10
„Słowo stworzenia” 7/10

---
* Dominik Sokołowski, „Kwiat paproci”, wyd. Rebis, 2012, s. 120.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz