wtorek, 7 lipca 2015

Aleja Ślepca - Justin Peacock

Recenzja ukazała się pierwotnie w serwisie:

BiblioNetka



Duncan Riley pracuje dla najbogatszych mieszkańców Nowego Jorku. Jest dobrze zapowiadającym się prawnikiem, ma szanse w najbliższym czasie zostać partnerem w kancelarii Blake & Walcott. Jego czas zajmują obecnie: dbanie o interesy jednego z najbogatszych deweloperów w mieście – Roth Properties oraz darmowa pomoc dla rodziny Nazariów, której grozi eksmisja z komunalnego mieszkania.

Akcja „Alei ślepca” zaczyna się od śmiertelnego wypadku na budowie zarządzanej przez Roth Properties, w którym ginie trzech robotników. Sprawą zajmuje się dziennikarka śledcza Candance Snow: prowadzi prywatne śledztwo i na łamach „New York Yournal” dzieli się wnioskami z niego.

Los postawi Candance i Duncana po przeciwnych stronach barykady. Ona będzie chciała wywlec na światło dzienne wszelkie brudy rodziny Rothów. On dołoży starań, by jak najlepiej chronić swojego najważniejszego klienta. Ale czy za wszelką cenę? I jeszcze sprawa Rafaela Nazaria, bardziej czasochłonna i angażująca, niż Duncan przypuszczał. Rafael bowiem zostanie oskarżony o zabójstwo pracownika ochrony zatrudnionego przez Roth Properties.

Co należy do zalet powieści Peacocka?

Ciekawe relacje międzyludzkie. Kilka fajnie przedstawionych romansów i miłostek. Wart uwagi obraz podzielonego społecznie Nowego Jorku. I matka głównego bohatera. Autor poświęcił jej bardzo mało miejsca, ale ta postać wyraźnie wyróżnia się na tle reszty bohaterów, dodaje też głębi Duncanowi: jej losy poniekąd wyjaśniają jego postępowanie. No i zakończenie.

Im bliżej końca, tym robi się ciekawiej, ale ogólnie, jak na thriller prawniczy – tak książkę kwalifikuje wydawca – za mało jest owej „prawniczości”. Ponarzekam z perspektywy czytelnika niezbyt obeznanego z tego typu pozycjami: za mało relacji z rozpraw, walki na sali sądowej, brawurowych przesłuchań świadków, ciętych ripost, popisów przed ławą przysięgłych. Czyli wszystkiego, co, moim zdaniem, stanowi o sile takich powieści. Poświęcone tym sprawom fragmenty są naprawdę dobre, ale jest ich po prostu za mało. Sprawiają jedynie, że czytelnik nabiera ochoty na więcej. A zamiast tego dostaje… przykro to mówić, ale niestety tak zwane flaki z olejem.

Autor większość książki poświęca na opisy. Sposobu funkcjonowania firm prawniczych i wielkich deweloperów, wszystkich ważnych postaci, wzajemnych relacji między nimi. Za dużo mówi o tym wszystkim, i zbyt monotonnie. Powieść ma ponad pięćset stron, a takich, od których rzeczywiście trudno się oderwać, jest około stu. Nie twierdzę, że reszta tekstu w ogóle nie ma racji bytu. Po prostu przekazane informacje można było z powodzeniem zawrzeć na dwukrotnie mniejszej liczbie stron.

I jeszcze denerwujące przedstawianie tej samej rzeczy z różnych perspektyw. W założeniu: doprowadzamy akcję do punktu kulminacyjnego, aby później kazać czytelnikowi czekać i odkrywać nowe fakty dzięki ujrzeniu znanych mu już wydarzeń z punktu widzenia innego bohatera. To dobre założenie – pod warunkiem, że zostanie co najmniej solidnie zrealizowane. A w „Alei ślepca” niestety takie nie jest.

Mimo wszystko powieść potrafi wciągnąć. Wystarczy przebrnąć przez pierwsze strony, później w kilku momentach nie ulec chęci porzucenia lektury i dotrwać do najważniejszych momentów. Przez ostatnie kilkadziesiąt stron jest bardzo dobrze. Tempo odpowiednie, wszystkie wątki pięknie łączą się ze sobą. Ta końcówka, ten finisz, daje sporo satysfakcji. Dla czegoś takiego warto w ogóle sięgać po „thillery prawnicze”.

6/10

Autor: Justin Peacock
Tytuł: Aleja ślepca
Przekład: Leszek Karnas
Wydawnictwo: W.A.B., 2015
Liczba stron: 544
malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz