niedziela, 31 maja 2015

Pamięć wszystkich słów - Robert M. Wegner



„Nadzieja wcale nie umiera ostatnia, po niej do głosu dochodzą szaleństwo i desperacja.”[1]

Jeśli czytaliście poprzednie książki pana Wengera, to nie potrzeba Wam zachęty do lektury tej pozycji. A jeśli nie, to przeczytajcie tą recenzję: 
I kupcie wszystkie cztery części.

A co o samej „Pamięci wszystkich słów”? Czwarta część „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” i odpowiedź na bardzo ważne pytanie: autor jeszcze nie kończy. Ma wiele więcej do powiedzenia, stworzony przez niego świat rozwija się, a czytelnicy mogą liczyć na kolejne części. I dobrze. Bo chociaż czwarta książka jest nieco gorsza od… Ha! Fantastyczne stwierdzenie. Kocham takie ujęcie sprawy: „Nieco gorsza od poprzedniej części” – co nie przeszkodziło mi o drugiej godzinie, mimo przekrwionych oczu i wizji pobudki o szóstej, stwierdzić, że jeszcze jeden rozdział to znakomity pomysł. I tak dwie noce pod rząd. Ale warto było. Naprawdę warto, poza tym – sen jest przereklamowany, a proza pana Wegnera nie.
Więc z lekkim uśmiechem powtórzę: „nieco gorsza od poprzedniej części”. Dlatego, że zabrakło mi tych kilku fragmentów, do których mógłbym wracać wciąż i wciąż. Tych kilku stron nasyconych olbrzymimi emocjami, niekoniecznie najważniejszymi z punktu widzenia fabuły. Dostałem to w trzech poprzednich częściach. W czwartym nie (chociaż spotkanie Deany i Yatecha…). I jeszcze strona 139 – niepotrzebna, psująca efekt zaskoczenia, który autor prawdopodobnie chciał osiągnąć (w kilku innych miejscach udało się to wyśmienicie). I zakończenie, które z premedytacją wprowadza zamieszanie i każe czekać na następną część. Ale czy to minus? „Pamięć wszystkich słów” utwierdza mnie, że mam do czynienia z najlepsza serią fantasy.

Tym razem autor zabiera nas poza tytułowe pogranicze. Na dalekie południe i na zachód, na jedną z wysp na oceanie szarym.
Na południu śledzimy losy Deany. Wydarzenia z pierwszego tomu doprowadzą do tego, że będzie ona musiała opuścić rodzinne strony i udać się w pielgrzymkę na dalekie południe.
Na wyspie Amoneria bohaterem jest znany nam z „Zachodu” Alstin i Bitewna Pięść Reagwyra, który dzieli ze złodziejem jego ciało. Alstin ukrywający się w szeregach mnichów Wielkiej Matki wśród barbarzyńskich seehijczyków będzie próbował pozbyć się swojego problemu.
A te dwa wątki łączy i przeplata historia Małej Kany i Yatecha. I to jak łączy…

Prolog zaczyna się od gry w kości, w której stawką jest dosłownie wszystko. Od razu dostajemy do zrozumienia, że tym razem rzecz będzie o potęgach znacznie przewyższających pojmowanie zwykłych ludzi. A później, na początku pierwszego rozdziału, dostajemy fantastyczny opis pewnego pojedynku. Naprawdę fantastyczny. I już do końca, przez kolejne sześćset stron, autor utrzymuje niezwykle wysoki poziom.
Postaci kreowane przez pana Wegnera potrafią przyciągnąć uwagę czytelników. Ludzie (i bogowie i co tam jeszcze) z krwi i kości, mający także swoje wady i słabości.
Jest barwnie i prawdziwie, co od początku było niezwykłą zaletą serii. Pustynie, portowe zaułki, pałacowe korytarze. Wszystko jest tak, jak powinno być. Różnorodne miejsca, ludzie, zdarzenia. Autor czuje się dobrze w każdej scenerii, w każdej sytuacji. Nawet w przypadku opisywania szaleństwa sprowadzonego na świat przez bogów czy … miłości.

Filozofia wojownika Issaram i chęć przetrwania za wszelką cenę z szalonym bogiem w swojej głowie. Walka i uniki. Próba przetrwania wśród intryg pałacowych i wśród barbarzyńskich plemion. Dobrze to wygląda. I te momenty kiedy Deana walczy i kiedy Alstin traci kontrolę… Wisienka na torcie.
Zwróćcie jeszcze uwagę na historię. W poprzednich częściach meekhańczycy nie mieli pojęcia o przeszłości. To lud Issaram wiele wiedział, wiele pamiętał. A teraz okazuje się ile warte są ich wspomnienia i wierzenia. Wraz z postępowaniem lektury ewoluuje nasze poznawanie świata zarówno teraźniejszego jak i przeszłego.
I bardzo dobre wspomniane już zaskoczenia, zmiany tempa akcji. I końcówki rozdziałów. W opowiadaniach były mocne, a tutaj są..: lekko wkurzające. Autor zostawia akcje w takim momencie, że chce się wyć i siłą woli trzeba powstrzymywać się przed przeskoczeniem kilkunastu stron, tak tylko na chwilkę, żeby zerknąć, przekonać się co będzie dalej - a tu przeniesienie akcji na drugi koniec świata.
Dochodzi do tego powiązanie z wydarzeniami opisanymi w trzecim tomie, które mają niemałe znaczenie na losy wszystkich opisanych w „Pamięci wszystkich słów”. Akcja książki dzieje się równolegle do tej w „Niebie ze stali”, która nabiera nowego znaczenia, czytelnik musi sobie kilka rzeczy ułożyć na nowo w głowie. Trzecia część ukazała się kilka lat temu, wypadałoby przed lekturą ją sobie nieco odświeżyć. Żeby wszystko zrozumieć i w pełni delektować się wizją autora.

No i ten element, o który bałem się najbardziej. Istoty wyższe, ich przeszłość, wpływ na ludzi. Naprawdę nie chciałem, aby pan Wegner przeniósł akcję na poziom niewyobrażalny dla zwykłych śmiertelników, opisał rozgrywkę na boskim poziomie. A on to zrobił, ale w samym środku umieścił zdawałoby się nic nieznaczący pył, jakim są ludzie. I to zwykli, ludzcy bohaterowie mają decydujący wpływ na kształt świata.
Kupuję wizję Wojny Bogów i tego co było później. Kupuję wprowadzenie nowych... Sił. Kupuję sposób na narodziny bogów. Kupuję niemal wszystko co pan Wegner zaproponował i mówię, że chcę więcej.

Czekam na kolejne części. Widzę, że historia dopiero się rozkręca i jest jeszcze wiele do opowiedzenia. Mamy już czwarty tom, a nie ma ani śladu zadyszki, zmęczenia materiału, ciągnięcia czegoś na siłę.
Pozostaje jedynie liczyć na niezbyt długie oczekiwanie na kolejną część.

A okładki, moim zdaniem i wbrew temu co piszczy w internecie są dobre. Spójne. Miecz, kości, i ogień - tak bardzo oczywiste po przeczytaniu książki Fajnie cała seria się prezentuje, a książki nie rozpadają się po sześciokrotnym przeczytaniu (sprawdzona informacja w przypadku pierwszych dwóch tomów). Także nie narzekam na brak tańszych wydań – to co dostajemy jest warte swojej ceny.

A… jeszcze jedno: czas. Mieszanie w czasie to zawsze ryzyko, często prowadzące do chaosu. Zobaczymy jak w dalszych częściach poradzi sobie z tym pan Wegner. Ja jestem pełen obaw, ale ufam autorowi i czekam z niecierpliwością co z tego jego mieszania wyniknie.

10/10

„Neutralność… Przypomnij mi, czy to takie zastępcze określenie tchórzostwa, czy głupoty?”[2]

„Pogarda dla wroga odczłowiecz go, pozwala przypisać mu najgorsze cechy, takie jak głupota, tchórzostwo, zezwierzęcenie. Przez pogardę z łatwością sięgamy po okrucieństwo i terror, by przekonać się, że wróg odpowiada nam tym samym, co utwierdza nas w przekonaniu, że się nie pomyliliśmy, Więc gardzimy nim jeszcze bardziej… Na końcu tej drogi dwie oszalałe z nienawiści bestie próbują poprzegryzać sobie gardła.” [3]

malynosorozec
[1] Robert M. Wegner, „Pamięć wszystkich słów”, wyd. Powergraph, 2015, s. 581
[2] tamże, s. 13
[3] tamże, s. 142

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz