sobota, 28 marca 2015

Wola Nieba - Artur Lundkvist




„Granice nie są nigdy pewne i ostateczne, dopóki istnieje świat poza nimi”[1].

Temudżyn, czyli ten, który stał się Czyngis-chanem, wielkim Wodzem wszystkich Mongołów. Nikt nie mówił o nim ani do niego inaczej niż po prostu: Chan. Kiedy ludzie za jego życia wypowiadali ten krótki tytuł, nie mogło być wątpliwości, kogo mają na myśli. Na wschód, zachód, północ i południe wciąż wyruszały wyprawy pod wodzą niezwyciężonego wojownika. Pamięć o nim jeszcze długo będzie wywoływać w ludziach szybsze bicie serca.
Właśnie o Czyngis-chanie traktuje książka Lundkvista. Poznajemy go, kiedy wraca do stolicy z jednej ze swoich wypraw wojennych. Śledzimy jego wspomnienia, poznajemy drogę, która doprowadziła go do miejsca, gdzie się znajduje, plany na przyszłość, myśli i nadzieje, jakie wiąże z dalszym losem Mongołów.

Mogłoby się wydawać, że na jego temat powiedziano i napisano już wszystko. Książki, filmy, rozmowy przy czymś mocniejszym… A jednak Artur Lundkvist potrafił mnie zaskoczyć. „Woli nieba” nie można nazwać ani biografią, ani powieścią historyczną. Jest… inna. Autor swobodnie porusza się po poszczególnych etapach życia wielkiego Wodza. Na kartach książki miesza wszystko: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość; fakty historyczne, wariacje na temat ewentualnego przebiegu wydarzeń. „Wchodzi” nawet do głowy Chana oraz jego doradców, by przekazać nam jedną z możliwych wersji ich myśli. Zwłaszcza przemyślenia głównego bohatera zasługują na uwagę. Dotyczą przeznaczenia - jego własnego i jego ludu. Starań o zjednoczenie wszystkich Mongołów, relacji z Wielkim Błękitnym Niebem, prób spisania Jasy – praw, które miały zapewnić przetrwanie stworzonemu przez niego imperium.

Tak, według Lundkvista, rozumował wielki Chan:

„Ale cóż innego mam robić z ludźmi niż zabijać ich skoro jest ich zbyt wielu i nie chcą mi się podporządkować, nie chcą stosować się do moich praw, i cóż innego mam zrobić z moim własnym ludem niż prowadzić wojny, pozwolić im zabijać i być zabijanymi, jakżeż mogliby oni inaczej żyć ze sobą i słuchać praw w moim mocarstwie?”[2].

Z „Woli nieba” przebija to, o czym wielu woli nie pamiętać albo wręcz celowo spycha na dalszy plan. Wszyscy mówią tu o wszechobecnej wojnie, o barbarzyństwie, śmierci i grozie, jakie zostawiała za sobą armia koczowników, gdziekolwiek się pojawiła. Oprócz tego jednak Lundkvist pokazuje tolerancję Czyngis-chan i jego otwartość na zmiany. Przekonanie, że wojna jest niezbędna do życia koczownika, nie przeszkadzało mu w próbie zapewnienia bezpieczeństwa i spokoju w ciągle rozszerzającym się imperium. Imperium, w którym każdy miał prawo do wiary we własnych bogów, a represje spotykały jedynie tych, którzy siłą próbowali zwalczać wyznawców „konkurencyjnych” kultów.

Lektura nie jest łatwa. Książka została napisana specyficznym, trudnym językiem. Tempo narracji często się zmienia, nie ma mowy o jakichkolwiek zwrotach akcji, barwnych opisach, wciągających intrygach. Tekst jest przeważnie raczej monotonny i obawiam się, że to właśnie zrazi większość z Was. Boję się ją Wam polecić, a jednak to zrobię. Warto przeczytać. Jeśli tylko nie nastawicie się na fajerwerki. Spodziewajcie się po prostu kawałka dobrej literatury. I tyle.

Dla mnie siła tej pozycji tkwi w jej prawdziwości. Czytam i myślę: Tak, to jest właśnie Chan, to człowiek, który rzucił na kolana połowę świata, to jego myśli, jego gniew, spokój, wizja świata. To są nieznający pojęcia pokoju Mongołowie z czasów, kiedy z końskiego grzbietu, za pomocą pełnych kołczanów decydowano o istnieniu całych państw i narodów.

Ta książka doskonale udowadnia, jak potrzebne są nam biblioteki. Spotkałem się z „Wolą nieba” w jednej z nich. I nigdzie, w żadnym sklepie nie mogłem jej nabyć. A teraz przypomniałem sobie o Lundkviście i z pomocą przyszedł Internet. Była do kupienia. Używana, potargana, zaczytana. Ale była. Po dziesięciu latach znów wpadła mi w ręce. Jest moja i cieszy mnie tak samo, jak za pierwszym razem. To jedna z tych pozycji, których obecność na półce sprawia szczególną przyjemność.

8/10

„Trzy upicia się w miesiącu uważano za dopuszczalne i uznawano za wystarczające dla człowieka”[3].
„Brak umiarkowania w rozkoszach i trybie życia karze się sam, i mądry ich unika”[4].

malynosorozec
……………………………..
[1] Artur Lundkvist, „Wola nieba”, przeł. Zygmunt Łanowski, Wydawnictwo Poznańskie, 1986, str. 189.
[2] Tamże, str. 142.
[3] Tamże, str. 69.
[4] Tamże, str. 189.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz