piątek, 20 marca 2015

Ciebie nie ma...

Bardzo surowy tekst

Wiem, że przydałaby się jeszcze korekta. Albo pięć. Można było rozwinąć, dodać bardziej Was wciągnąć. Wiem, że z tej historii można by wyciągnąć znacznie więcej, ale...
Dobrze jest tak jak jest.
Po miesiącach prób pisania dłuższych tekstów, które może kiedyś ujrzą światło dzienne, potrzebne mi było napisanie właśnie czegoś takiego.
Zapraszam do lektury.


Ciebie nie ma...


Środa, szesnasty dzień grudnia, godzina 15:05. Wyszedł z domu, skierował się do samochodu. Szarej Skody. Starej, na pewno co najmniej piętnastoletniej. Niezbyt czystej, ale na pewno nie był to wrak. Ot, samochód na miarę jego możliwości. Wydawał się być w dobrym stanie technicznym, mimo mrozu odpalił od razu po przekręceniu kluczyka. Z tyłu na stałe zamontowany był fotelik. Taki dla dzieci pomiędzy dziewięć a dwadzieścia pięć kilogramów. Nasz bohater… nie wiem nawet jak ma na imię, będę mówił tylko: On, albo bohater. Więc On kieruje się prosto w stronę jednego z prywatnych przedszkoli w rodzinnym mieście. Kilka minut krąży w poszukiwaniu miejsca parkingowego, po czym ociężałym krokiem wchodzi do budynku. Nie ma go kilkanaście minut. Kiedy wychodzi – sam – jest wściekły, biegnie do auta, zatrzaskuje drzwi, rusza z piskiem opon. Dopiero później miałem okazję zobaczyć co stało się w środku przedszkola.
Teraz opowiem o stanie w jakim od pewnego czasu znajdował się nasz bohater. Dotarłem do tego, przekopałem się przez wszystkie nagrania. On był rozdrażniony, zdenerwowany, bliski wybuchu. Wcześniej był spokojnym człowiekiem. Tak opisywali go wszyscy znajomi. Zrównoważony, opanowany. Ostoja spokoju. Ale ostatnimi czasy… nie wiem czy ma to coś wspólnego z wydarzeniami, które opisuje. Może jedno prowadziło do drugiego? Może wszystko było specjalnie tak rozegrane? W każdym bądź razie kiedy kierował się z powrotem do domu prowadził jedną ręką, drugą raz po raz wybierając numery na swojej starej, wysłużonej komórce. Abonent niedostępny. Numer nie istnieje. Cały czas to samo. Przeklinał, krzyczał i płakał na zmianę przez całe szesnaście minut drogi. Nawet nie szukał miejsca parkingowego, zastawił samochody sąsiadów i pokonując po dwa stopnie na raz wbiegł na drugie piętro. Klucze spadły mu na klatkę schodową. W końcu udało mu się otworzyć zamek. Uchylił drzwi i zamarł. W pomieszczeniu śmierdziało niemiłosiernie. Podłoga usłana była śmieciami. Brudne naczynia wylewały się ze zlewu. Pudełka po jedzeniu na wynos były porozrzucane po całym mieszkaniu. Bohater jęknął tylko, chwiejnym krokiem wszedł do mieszkania. Po jego policzkach ciekły łzy. Przeszukał całe mieszkanie, drżącą ręką sięgnął po telefon. Ten właśnie zadzwonił. Na ekranie przeczytał: mama
- Halo…
- Halo, synu, dzwonili do nas z przedszkola. Synu…
- Co się stało?! Co się, kurwa dzieje?
- Spokojnie. Zaraz przyjedziemy. Nie wychodź z domu. Wszystko będzie dobrze, wszystko ci wyjaśnimy – telefon rozładował się, połączenie zostało przerwane. Bohater nie zdążył nawet zwrócić uwagi na dziwny głos jakim mówiła jego mama. Gdyby miał czas się zastanowić pomyślałby, że głos jest podobny, ale... Nie zdążył się zastanowić. Usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył. W progu stało dwóch policjantów. Przedstawili się. Poprosili o zgodę na wejście do środka. Wyjaśnili co ich sprowadza.
- Dostaliśmy telefon z przedszkola. Kolejny. Musi pan przestać tam przychodzić. Pracownicy boją się pana. Inni rodzice naciskają żeby zrobić coś z tą całą sytuacją. Proszę zrozumieć, minął już rok. Musi pan podjąć leczenie, nauczyć się żyć dalej.

Nic z tego nie rozumiał. Minął rok. To samo powiedziała pani w przedszkolu. „Rok od wypadku, w którym zginęła pańska żona i córka. Rok, podczas którego nie dopuszcza pan do siebie prawdy. Codziennie przychodzi pan rano, wiesza ubrania na wieszaku, który należał do Emilki. Otwiera pan drzwi do sali, żegna się pan z nieżyjącą córką i wychodzi. Wraca pan po południu, pyta jak tam dzisiaj córka się bawiła. Zabiera pan ubranie i wychodzi.”
- Pana córka nie żyje! Jest pan sam. Proszę udać się do specjalisty. Nie możemy dłużej tego znosić. - policjanci wyszli, niedługo mieli przyjść rodzice.

Pozwolicie, że teraz spróbuje się zagłębić w myśli bohatera. Może one wszystko wyjaśnią? Gdzie jest żona? Nie żyje? Czy on od roku żyje w kłamstwie? Rok temu miał miejsce wypadek. Niegroźny. Jakaś kobiecina wjechała w bok samochodu. On miał kilka szwów na głowie, żona wyszła z tego kilkoma tylko siniakami. U Emilki skończyło się na strachu. Nic poważnego. Pamięta. Pamięta… A jeśli… Jeśli od roku nie zdaje sobie sprawy, że jego rodzina nie żyje? Matka powiedziała, że przyjedzie i wszystko wyjaśni. Od roku, żyje w kłamstwie. Śmietnik w mieszkaniu, samotne chodzenie do przedszkola. Dzień w dzień, to dziwne, że Emilka ani dnia nie chorowała, że nie pamięta żadnej kłótni z żoną. Rok temu…

Płacz, straszliwy szloch, który towarzyszy zrozumieniu. Rok czasu… Wódka była w zamrażalce. Pił łapczywie, prosto z gwinta. Przeszukiwał szuflady w poszukiwaniu ostrego noża…

- Już? Chyba powinniśmy wkroczyć? Jeszcze zrobi sobie krzywdę…
- Spokojnie, młody. To nie jest taki typ. Dokładnie wszystko zaplanowaliśmy. Nie ma szans, żeby się zabił. Porozwala meble, zdemoluje mieszkanie. Będzie dobrze. Wszystko w porządku, kręćcie cały czas póki nie zapije się do nieprzytomności. Zadzwoniliście do jego matki, że przywieziemy małą? Do prawdziwej matki. Kiedy jego żona wraca z pracy? Przejmijcie ją przed domem. Ok. Wyszło super. – reżyser był z siebie bardzo zadowolony. To wszystko był jego pomysł. Skąd wiem? Pracowałem wtedy z nim. Byłem jednym z asystentów. Nowy program. Genialny w swojej prostocie. Milionowa oglądalność. Tak miało być. Wystarczyło znaleźć odpowiedniego kandydata na gwiazdę. Odpowiednio nim pokierować. Zapłacić „panią z przedszkola”, panom z „policji”, „matce”. Zmienić numery w telefonie, ucharakteryzować mieszkanie. Upewnić się, że żona będzie w pracy, a Emilka gdyby przyszło bohaterowi na myśl przeszukać przedszkole, była poza budynkiem. W ogóle cała grupa dzieciaków pojechała tego dnia na wycieczkę i została odstawiona bezpośrednio do rodziców. Emilka do dziadków. I jeszcze zimna wódka w zamrażalce, dla człowieka na odwyku to trochę okrutne, ale liczy się oglądalność. Później wszyscy będą się z tego śmiać. Koszty zniszczeń zwróci telewizja. Plus spore wynagrodzenie. Wszyscy będą zadowoleni. Trochę okrutne, ale się sprzeda.

Najważniejsze było, żeby On był w odpowiednim stanie. Rzucił picie, stracił pracę, żył ostatnio w napięciu. I ten niegroźny wypadek rok temu. Wszystko grało. Murowany hit w piątek o dwudziestej.
Kamery dalej nagrywały kiedy po opróżnieniu butelki sięgnął do szafki z lekami. Tego nie przewidzieliśmy. Miał schowane stare tabletki z relanium. Połknął je wszystkie. Nasz profil psychologiczny mówił, że nie będzie w stanie się powiesić, podciąć żył, skoczyć z balkonu. Ale tabletki to co innego. Od razu wysłaliśmy ekipę. Zabrali go nieprzytomnego na pogotowie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Odratowali go.

- Małe potknięcie – tak skwitował reżyser. – Trzeba będzie jakieś odszkodowanie wypłacić, ot i koniec historii.
Tak jest, grunt, że koniec historii, a oglądalność wyniesie wiele milionów. Ja byłem przy tłumaczeniu wszystkiego jego żonie i rodzinie. Grozili nam sądem, pobili reżysera (należało się mu, prawdę mówiąc). Odszkodowanie nie będzie takie małe. Przegapiliśmy te przeklęte tabletki. Poleciały głowy ludzi odpowiedzialnych za przygotowanie mieszkania. Wszystko skończyło się dobrze. On przeżył traumę, większą niż myśleliśmy, coś się poprzestawiało w jego głowie… ale nieźle się wzbogacił (I tak kosztował nas mniej niż te wszystkie celebryckie gwiazdki).

Zwinęliśmy kamery, zmontowaliśmy materiał i czekaliśmy na premierę.
A dzień przed premierą, kiedy On doszedł do siebie w szpitalu, kiedy lekarz stwierdził, że jest gotowy na spotkanie z rodziną…
Kto popełnił błąd? Na pewno my z pomysłem tego debilnego programu. Może lekarz, który za wcześniej dopuścił do kontaktu z pacjentem. Znowu my, że nie wytłumaczyliśmy wszystkiego? Ale żona nie chciała nas widzieć. Może to ona popełniła błąd? Rozmawiała jeszcze z lekarzem, a Emilka podbiegła uściskać ojca.

- Ciebie nie ma… - tyle powiedział, a jego ręce zacisnęły się na delikatnej szyi.

malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz