piątek, 5 grudnia 2014

Chudzielec

Witam.
Pamiętacie może książkę "Piknik na Skraju Drogi", którą tak bardzo się zachwycałem?
W razie czego zajrzyjcie tutaj: Piknik na Skraju Drogi
Więc sam spróbowałem swoich sił w świecie S.T.A.L.K.E.R.a.
Jakiś czas temu Fabryka Słów ogłosiła konkurs na opowiadania umieszczone w owym świecie. Niestety niedawno konkurs został odwołany (słaby poziom nadesłanych prac). Ja wysłałem trzy swoje opowiadania.
Teraz chcę zaprosić Was do lektury jednego z nich.
Moje doświadczenia ze S.T.A.L.K.E.R.em ograniczają się w chwili obecnej tylko do książki braci Strugackich i filmu "Stalker" pana Tarkowskiego. Także pisząc swoje opowiadania opierałem się tylko i wyłącznie na świecie przedstawionym w tych dziełach.


Chudzielec


    No więc słyszałem, że dzisiaj idziesz, tak mi mówi. Żadnego dzień dobry, jestem taki a taki, czy możemy porozmawiać, słyszałem że jesteś wybitnym Stalkerem, który dzisiaj wybiera się do Strefy. Nic z tych rzeczy. Podchodzi chudzielec i wypala, że słyszał jak to ja dziś mam zamiar iść do Strefy.
Proszę usiądź skoro już musisz, mówię do niego. A na następny raz więcej kultury, dobrze? Szacunku i taktu też. Gdybyś trafił na kogoś innego już mógłbyś zbierać zęby z podłogi.
Tak idę dziś w nocy. Nie, nie możesz iść ze mną. A dlatego. Jeszcze się pyta dlaczego.
No więc on siedzi i milczy. Tłumacze mu, że ze Strefą nie ma żartów. Takie rzeczy tam widziałem, że hej. Strefa może cię zabić na tysiąc sposób, może cię okaleczyć, może odebrać zmysły. Bardzo dużo może ta Strefa.
A ten siedzi i smutne oczy we mnie. Chudzielec jeszcze większy niż ja. Smutny jakiś taki, zamyślony. Żal mi się go trochę robi. Jak zbity pies wygląda.
Macham ręką na barmana. Każe mu przynieść drugi kieliszek. I czemu tak się dziwnie patrzy? Nieznajomemu nie mogę kolejki postawić, czy jak? Moje pieniądze, moja wola. Mówię chudzielcowi, że za jego zdrowie. Wypija i od razu jakoś mu się twarz rozjaśnia. Jakiś sympatyczniejszy się staje. No już, zapominamy o tym co było. Dokąd dokładnie chciałby iść, się go pytam, a on odpowiada i patrzcie kochani, dokładnie tam gdzie dzisiaj moja droga wiedzie.
Pijemy jeszcze trochę, gadamy niezobowiązująco. W głowie już szumi mi nieźle, a ten siedzi niewzruszony. Mocny zawodnik nie ma co. Mówi mi żebym przystopował, w końcu za siedem godzin wyruszamy. A masz ci go, chudzielca jednego. Jak wyruszamy to wyruszamy. Niech idzie jak tak bardzo się pali. No to po ostatnim i widzimy się niedługo.

Co mnie podkusiło? Że skacowany idę to jeszcze pal licho. Ale, że takiego jakiegoś biorę ze sobą? Aj… Ale słowo się rzekło, więc wyjścia nie ma. Nawet wyszykowany nieźle. Sprzęt widać, że swoje przeżył, ale nie ma na co narzekać. Mój wcale nie lepszy. Ale grunt, że solidny i pewny.
Mówię chudzielcowi, żeby trzymał się blisko i reagował natychmiast na wszystkie rozkazy. Kiwa mądrze głową, patrzy na mnie jak na obrazek jakiś święty. Zginę tu przez niego, to pewne. No ale cóż: słowo rzecz święta. Obiecałem, że zabiorę to zabieram. Krzyczę jeszcze, przyczepiam się do czegoś tam, straszę. Niech wie, że żartów nie ma.
Idziemy. Nie ma kondycji, ten mój chudzielec, oj nie ma. Musimy często przystawać. Rzęzi, charczy. No, ale nie ma odwrotu. Nie zostawię go teraz. Schodzi nam dłużej niż planowałem. Taki już mój los. Przynajmniej umie się zachować nawet nieźle. Bez słowa robi to co trzeba, czasem nawet gęby otwierać nie muszę. Solidny chłop nie ma co. Musiał już kiedyś być w Strefie. Odruchy prawidłowe. Czujny, spokojny. To mi się udała znajomość.
Nie proponuje mi nawet podziału łupów. I dobrze, i tak bym się nie zgodził. Na doczepkę chłopak był, Strefę zobaczył, nauczył się czegoś może. Wystarczy. To co zgarnęliśmy to moje. Chudzielec szczerzy się, mówi że niedługo odezwie się do mnie. Dobra, nie ma sprawy, wpadnij, napijemy się, pogadamy. I mu drzwi przed nosem zamykam. Niby prosta wyprawa za mną, ale w kościach zmęczenie czuje. Prosto do wyrka, a jutro się zobaczy za ile się pracowało.

Tym razem cieszę się na jego widok. Ostatnia wyprawa nie bardzo poszła. O mało nogi nie straciłem. Ech, zdarza się. Zbyt pewny siebie się zrobiłem. Tym razem szczęście miałem i tyle. Mówię mu o tym wszystkim, i jeszcze, że jutro mógłby wybrać się ze mną, taką małą fuszkę mam. Naukowcy jacyś do przypilnowania. Nie powinno być problemu. On do mnie, że właśnie sam miał proponować. Rozmawiał już z Profesorami, tak ich nazywa, i wszystko ustalone. Chciał tylko mnie o zgodę spytać. Super, tym razem podzielimy się zyskami.

Z Profesorami wszystko gładko idzie. Wiedzą co i jak, obgadaliśmy wcześniej. Kiwnęliśmy tylko sobie głowami i dawaj w kompletnej ciszy. Prosta robota. Wejść. Wyjść. W między czasie przeżyć. Młody zamyka pochód, zachowuje się jak profesjonalista. Będą z niego ludzie jeszcze. Wychowam sobie Stalkera, nie ma co. Gdyby tylko kondycyjnie się poprawił. Profesorkowie niecierpliwią się częstymi postojami. Wzruszamy tylko z chudzielcem ramionami. Tempo nie jest ważne. Ważne żeby przeżyć.

Już myślałem, że się nie pojawi. Przyzwyczaiłem się do chłopa, nie ma co. Trochę głupio mi, że tak się naśmiewałem z niego. Przecież ja sam nie lepszy byłem za młodu. Chudy, blady, roztrzepany. Nie dawali mi wiele w tym fachu. Ba! Nikt nie chciał mnie pod swoje skrzydła wziąć. Ale ja się uparłem i oto jestem. Dziesięć lat i ciągle niepokonany. I Młody też da radę.
Miesiąc temu spytałem czy na poważnie chce się zająć tym stalkerowaniem. On mi na to, że chyba inaczej się nie da i skoro wchodzi do Strefy, to przecież nie dla zabawy. Obraził się trochę. Długo się nie pojawiał. A ja jakoś tak zwlekałem z następnym wyjściem. Przyzwyczaiłem się do Młodego, nie ma co. Skórę mi kilka razy uratował, ma ten zmysł, wie jak się poruszać w Strefie.
Pytam go, czy pisze się na coś trudniejszego. Poważna sprawa się szykuje, oprócz nas jeszcze czwórka twardych zawodowców. Pytam, czy jest na coś takiego gotowy, zabieram się za szczegóły, a ten do mnie, że wszystko już wie, że widział się z resztą. Mówi mi, że to straszne ćwoki. Zbyt brutalni, zbyt prostoliniowi jak na jego gust. Trochę się posprzeczał z nimi, ale jak ja idę, to on też. Tylko, że będzie się z boku trzymał, nie ma zamiaru być bliżej z Ćwokami niż to konieczne.

Rzeczywiście nawet słowa, nawet kiwnięcia, żadnego gestu. Mają na pieńku z Młodym coś, widać od razu. No nic, wszyscy jesteśmy zawodowcami. Urazy na bok i do dzieła. Gruba sprawa, gruba kasa, grube ryzyko.
Na razie wszystko gładko idzie. Jeszcze maksymalnie godzina i będziemy na miejscu. Młody nagle zatrzymuje się. Zaczyna przeklinać, mówi że wiedział, że gówno z tego będzie. Przystaje, pytam co się dzieje. Inni dziwnie się na nas patrzą. Młody mówi, że nie przejdziemy. Nie od tej strony. Pytam dlaczego, a on dziwi się, że nie zauważyłem. Ćwoki zbierają się wokół nas, pytają co się dzieje. Młody twardo milczy, nie patrzy nawet na nich, musieli mu nieźle podpaść. No to ja tłumacze, że nie przejdziemy. Pytają dlaczego, ale ja nie jestem w stanie odpowiedzieć, młody ma przeczucie i tyle.
Największy Ćwok wzdycha ciężko. Szli tędy nie dalej jak tydzień temu. Okolica jest bezpieczna. Tak nam mówią. Nic z tego moi mili. Przeczucie w Strefie jest święte. Dalej nie idziemy. Rozstanie nie należy do najprzyjemniejszych.
Trochę mi się żal zrobiło, jak usłyszałem ich krzyki. W końcu Stalkerzy na drzewach nie rosną. Czterech mniej, zdarza się. Co innego Młody, on nawet uśmiechnął się pod nosem. Tak to już jest w Strefie. Tam gdzie wczoraj bezpiecznie, dzisiaj może czekać śmierć. Instynkt jest nieoceniony. Tamtym czterem go zabrakło.

 Barman pyta mnie co poszło nie tak. Nie chcieli słuchać, ot co. Zbyt pewni siebie byli, a wiadomo co to oznacza. Nie zostaliśmy żeby popatrzeć, usłyszeliśmy tylko krzyki. Spytaj Młodego, co on tam wyczuł, tak mu mówię.
Barman znowu patrzy na mnie dziwnie. Coraz częściej mu się to zdarza. Jakbym z księżyca spadł.
Wraca z moim zamówieniem. Butelka wódki i ogórki. Przynosi tylko jedno szkło, znowu. Opierniczam go, znaczącym gestem pokazuje na Młodego.
Przynosi drugi kieliszek. Nic nie mówi. Znowu to spojrzenie.


malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz