piątek, 14 listopada 2014

Poker Poland Drink'em

Postanowiłem Podzielić się z państwem pewną myślą.
Jak mógłby wyglądać turniej karciany w naszym pięknym kraju.
Większość opisywanych sytuacji gdzieś, kiedyś wydarzyła się naprawdę (prawdopodobnie).
A pozostałe są wymysłem skacowanego umysłu autora.
Takie trochę niepoważne.
Zapraszam.

Poker Poland Drink'em


Cisza. Ale nie taka normalna, spowodowana po prostu brakiem dźwięku, ale ta druga. Cisza pełna wyczekiwania, w której czuć było ogromne napięcie. Wydawało się, że nawet muchy przestały brzęczeć. Cały świat wstrzymywał oddech i…
Maniek podniósł rozbiegany wzrok znad dwóch dzierżonych w ręce kart. Ze zdziwieniem zauważył, że oprócz niego przy stole nie siedział nikt.

- Co jest grane? - Pomyślał, a w tych myślach znajdowały się także sformułowania, które nie nadają się do zacytowania. - Gdzie też wszyscy się podziali? - Dość powiedzieć, że przez głowę przeszły mu już warianty obejmujące inwazję obcych, masoński spisek (chociaż gwoli ścisłości Maniek pojęcia nie ma kim są owi masoni) czy nagły atak zmutowanych spinaczy.
- No przecież! - Maniek w chwili olśnienia uderzył się zabandażowaną dłonią w spuchnięte czoło. (O nie, nie! Drugi raz nie popełnił błędu i tym razem dłoń była pusta) i zajrzał pod masywny stół, przy którym przyszło mu spędzić dzisiejszy wieczór. Strzał w dziesiątkę! Czwórka graczy została znaleziona. Gdzie zatem podziali się pozostali? Ciii…. Coś usłyszał… Tak jest! Na zewnątrz. Co najmniej pięć różnych głosów. Czemu oni wszyscy tam?... A tak! Tusk ty chu…!

Kiedy po paru minutach wspomniana piątka wróciła z papieroska, powitały ich niezbyt wybredne słowa, którymi Maniek opisywał byłego premiera, cały rząd i w ogóle wszystkich, którzy mieli swój udział w ustawie o zakazie paleniu w knajpach (dostało się też, nie wiadomo czemu, obywatelom Madagaskaru, księżom, ziemniakom pieczonym w oliwie francuskiej i sprzedawcom mebli ogrodowych). Nikt już nie chciał wspominać, że w lokalu, w którym się znajdowali jak najbardziej palić można, a wszyscy wyszli ponieważ dym papierosowy zawsze przeszkadzał właśnie Mańkowi.
- No gdzie żeśta tyle byli? - Już po ochłonięciu - Ja tu czekam, a wy w trakcie rozgrywki sobie wychodzicie? Dawać, gramy, gramy. A gdzie reszta?
- Po kebaba poszli.
Maniek już miał zrównać wszystkich z błotem (No bo jak to: Może on też by wszamał coś na ciepło, a tu nikt nie zapytał nawet), ale zaraz przypomniał sobie starą mądrość ludową: wódka plus kebab równa się syndrom PzD*. A trącał to pies, w domu sobie coś w piekarniku upichci…
- No dobra. Ale to może dokończymy chociaż rozdanie. - Wszystkie oczy zwóciły się na pomięte karty w ręce (lewej) Mańka. Akurat zanim przyszedł kebab udało się mniej więcej wytłumaczyć, że niestety Maniek już przegrał wszystkie żetony, a z tymi kartami usnął przy stole jakieś pół godziny temu i za nic w świecie nie udało się ich wyrwać z jego ręki (lewej). Na szczęście właściciel lokalu dysponował zapasową talią (co prawda marnej jakości, bo kupioną razem z gazetką Scoobi-Doo, ale zawsze...) i reszcie graczy udało się kontynuować rozgrywkę.

Czyli niestety w jednej kwestii szanowny Maniek się nie popisał. Nie wyszedł mu dzisiejszy poker, ale cóż poradzisz? Na szczęście pozostawał ciągle drugi powód dzisiejszego spotkania - wódka. Tutaj już nie można dać plamy. Trzeba podkręcić tempo.
- Tamci czterej pewnie nie piją? - znaczący ruch głową w stronę śpiących pod stołem
- Jakich czterech?
- Oj tam oj tam, źle spojrzałem. - Maniek zezując jednym okiem (prawym) przekonał się, że najwygodniejsze miejsca w lokalu w rzeczywistości zajęło tylko dwóch gości. - To nie o to się rozchodzi ilu ich tam jest, tylko czy wódkę im polewać.
Najbardziej trzeźwe osoby nie zdążyły wyrazić swojego zdania na temat polewania wódki nieprzytomnym biesiadnikom, gdyż w tym momencie stół zatrząsł się, gdy dwie głowy uderzyły w niego od spodu podrywając się na magiczne połączenie słów “wódka” i “polewać”.
Dwaj posiadacze owych głów zajęli ponownie swoje miejsca (najlepsze w lokalu) zanim jeszcze dokończono jeść kebaby (ot i cała potęga popularnych w tej części świata “karniaków”). Nie zbudził ich nawet dziki okrzyk:
- Co zjadłem!!!!? - W który Martinez włożył całe swoje pokłady przerażenia, dostępne do tej pory jedynie przy okazji zaglądania w niedzielne poranki do portfela.
Cofnijmy się o kilka chwil.
- Jakiś dziwny ten kebab. - Powiedział Martinez.
- Jakby ci to powiedzieć…
- Co, znowu upadł wam?
- Nie… Skończyła się baranina… I to drugie mięso też. Tak się złożyło.
- No to co ja jadłem?
- Falafela**…
I tutaj nastąpił okrzyk mogący zbudzić umarłego, po czym na dwieście sześćdziesiąt trzy sekundy zapadła głucha cisza.
- Podaj mi szklankę. Dziękuje. Nalej wódki. Dziękuje. Jeszcze raz… - I tak próbując zmyć z siebie posmak falafela Martinez zajął ostatnie z najlepszych miejsc w lokalu.

Przy stole zostało więc sześciu graczy. Gra toczyła się o naprawdę wysoką stawkę. Gra w karty i gra o pozostanie na nogach, gdyż wiadomo jak kończy się picie, kiedy tempo narzuca niedopity Maniek.
W miarę upływu alkoholu rozgrywka stawała się coraz bardziej szalona. Układy pojawiające się na stole nie jednego mogły doprowadzić do palpitacji serca. Kolory przegrywały z fullami. Fulle z karetami. Raz nawet prawie padł poker (Bogusławowi brakło jedynie trzech kart). A dwa razy zaskoczony Hab’a’bal przegrał swoje kuku przeciwko meldunkowi kierów.

Układy alkoholowe były jeszcze bardziej emocjonujące. Wódka przepijana piwem. Piwo przepijane wódką. Wszystko przegryzane śledziami z bitą śmietaną. Jednak najlepszy układ tego wieczoru okazał się układem tanecznym i należał do Carla***, kiedy ten próbował utrzymać równowagę na mokrej podłodze w WC. Z miejsca został okrzyknięty królem parkietu i długo nie zwlekając Misza zaczął wydzwaniać do nadającej z okolic Kierza Niedźwiegiego (tak, jest taka miejscowość) zaprzyjaźnionej stacji radiowo-telewizyjnej w sprawie najnowszej edycji Dancing with the Glass - Taniec ze Szklankami.
Zawstydzone (a może dumny?) Carl niedługo po swoim popisie został kolejnym rezydentem najlepszej loży w lokalu (która to loża okazała się bardziej pojemna niż przewidział producent).
Walka stała się jeszcze bardziej zażarta. Na stole królował Bogusław, który swoje żetony ułożył w kształt ku… No tego co dzieciaki sobie w zeszytach w szkole rysują... Prezentował on bardzo agresywny styl gry, raz nawet zarzekając się, że można mieć Cztery i pół asa posiadając w ręce dwie karty (Wszystkie, o dziwo, w kolorze wina).

W końcu, po wielu godzinach rozgrywki nastąpił kolejny moment pełen grozy.
- Wódka się skończyła!
- Jak to wódka się skończyła? Co to za knajpa. Dawać mi barmana, albo nie, właściciela od razu! Żeby na stare lata…
- Misza… Ty jesteś barman. I właściciel też…
- Aha… No to patrzajta… Memory… Five… Hehe…
Po niedługim czasie w lokalu pojawiła się świeża dostawa polskiej ambrozji. Jednak… O zgrozo… Kolorowej. Wśród mądrych, życiowych sentencji typu: “Pić albo nie pić? Oto jest pytanie” czy “Lepiej wypić i się pożygać niż chodzić niedopitym”, zdecydowano się kontynuować tę nierówną wakę … A poza tym piwem zapić można, czekoladą zagryźć, to tak mordy nie wykrzywi.

Dalsza rozgrywka trwała do… Właściwie nikt nie wie do której godziny, najważniejsze, że wygrał… Eeee…

Rano w samo południe, kiedy wszyscy odzyskali przytomność, nikt nie wiedział jak potoczyły się losy pokerowej rozgrywki. Wszyscy natomiast wiedzieli, że przepojka była jakaś nie tego i strasznie od niej bebechy szaleją.
- No to tego… Może za tydzień bardziej spokojnie? Tak typowo na karty się umówimy, co?
- Mnie pasuje…
- Mnie też, ale… Kto kasę za wygraną wczorajszą zgarnia?
- A kij wie…
- ...
- To może...
- Także tego…
- Ale, że Dudka na Mundial nie wzięli?
- Wiecie co!? Może na wódkę przeznaczmy...

Koniec.

P.S. Po szesnastu miesiącach rozgrywek ALPoPSiO (Amatorskiej Ligi Pokerowej o Puchar Świata i Okolic), podczas których tylko raz udało się wyłonić zwycięzcę**** z przyczyn zdrowotnych zaprzestano cyklicznych karcianych spotkań. Za to zupełnie nagle, można rzec z dnia na dzień, trzeba było zgłosić zapotrzebowanie na większą salę spoktań dla miejscowego oddziału AA.

I jeszcze przypisy...

*Prysznic z Dupy
** Kebeb bez kebaba, znaczy bez mięsa, ale za to z sojowym kotletem (tak istnieje takie zło na świecie...)
*** Koniecznie pisane prze “C”, wymawiane z lekkim akcentem z południowego Yorkshire, ot takaż fanaberia.
****Hab’a’bal brał akurat antybiotyki, ale po tym co przeżył tamtego wieczora, stwierdził że nigdy więcej nie przełoży zdrowia fizycznego nad psychiczne.

I naprawdę Koniec.

malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz