niedziela, 7 września 2014

Nieważne...

Tym razem krótko i mam nadzieję, że treściwie.
Znów próba ukazania emocji.
Próba wcielenia się w kogoś.
W człowieka, który...
A zresztą sami się przekonajcie.



Nieważne...


Nie jestem taki jak oni. Nie wybierałem drogi, która doprowadziła mnie do tego miejsca. Nie ja zdecydowałem o swoim losie. Nie ja…

Nieważne…

Na początku był szok. Niedowierzanie. Nie przyjmowałem do wiadomości tego, co się stało. Potem był psychiczny ból. Rozrywający, nie pozwalający myśleć logicznie, normalnie funkcjonować. Masa tabletek, zapijanych litrami wódki. Nie było mowy o żadnym towarzystwie. Przyjaciele, rodzina? Nikt nie mógł na to patrzeć, nie tak długo. Pilnowali tylko, czy nie zapiję się na śmierć. Wlewałem w siebie alkohol aż do momentu, kiedy organizm miał dość. Psychicznie byłem jeszcze bardziej rozbity.

Później była próba powrotu do życia. Z góry skazana na niepowodzenie. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie, że nie ma już dla mnie powrotu do normalności. Czas leczy rany? Możliwe, możliwe... Ale pamięć pozostaje. Za każdym razem, gdy wydawało się, że jest nieco lepiej ona robiła swoje… Więc próbowałem żyć i wiedziałem, że nie będę potrafił.

Sprzedałem wszystko i ponownie próbowałem zapić się na śmierć. Psycholodzy, psychiatrzy, grupy wsparcia? Nie. Po prostu nie…

Któregoś dnia idąc do sklepu zobaczyłem… Nie mogłem uwierzyć.. Tak po prostu, na ulicy.

Próbowałem kilkakrotnie. Za każdym razem cały drżąc. Nogi miałem jak z waty, pot zalewał mi czoło. W myślach zawsze wyglądało to tak prosto. Szast-prast i po wszystkim. Rzeczywistość okazywała się inna. Rzyganie w krzakach, napady sraczki dosłownie sekundy przed. Bezsenne noce i scenariusze przewijające się przez głowę. Każdy prowadził do tego samego.

W końcu się udało. Było zupełnie inaczej niż planowałem. Właściwie wyszło spontanicznie. Miałem młotek. Zawsze nosiłem młotek w plecaku… Krzyki, płacz, tryskająca krew, mózg rozpryskujący się na wszystkie strony. Biłem tym młotkiem, aż nie roztrzaskał się o chodnik. Tak…

Teraz zajmie się mną „wymiar sprawiedliwości”. Ten sam, który... Nieważne...

Nie ma sprawiedliwości. W tym, że siedzę zakrwawiony na chodniku nie chodziło o sprawiedliwość. Ani o zemstę. Chodziło o konieczność. Innej drogi nie było...

Nie jestem taki jak ci, z którymi w zamknięciu spędzę resztę życia. Straciłem kontrolę nad swoim życiem i alternatywą było tylko jego zakończenie. Nie jestem taki… A zresztą jaką to robi różnicę?

Zmieni się tylko miejsce. Dalej nie będę umiał żyć.

malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz