poniedziałek, 11 sierpnia 2014

O Co Kaman?


Witam.
Poniższy krótki tekst został napisany w 2009 roku. Wygrzebałem go akurat z szuflady i lekko odświeżyłem.
Dedykuje tym, którzy pamiętają wydarzenia, które doprowadziły do napisania niniejszych słów.
A także tym, którzy będą towarzyszyć mi, kiedy niebawem po dłuższej abstynencji ponownie będę próbował znaleźć odpowiedź na pytanie zawarte w tytule.
I to jest powód dla, którego dzielę się z Wami poniższym tekstem.
Upijamy się oczywiście radośnie, gdyż powód jest zaiste zacny.
To jeszcze trzecia dedykacja, dla tych, którzy towarzyszyli mi w podobnym świętowaniu jakieś dwa lata, siedem miesięcy i dwa tygodnie temu.
I to tyle. 
Pozdrawiam.
malynosorozec

O Co Kaman?



Niektórzy twierdzą, iż na pytanie zawarte w tytule owego wspaniałego tekstu nie sposób znaleźć odpowiedzi. Inni twierdzą, że owszem można znaleźć odpowiedź, ale nie ma na świecie człowieka, który wypiłby tyle alkoholu. Otóż mylą się i oni!

Oto dane mi było przeżyć prawdziwe oświecenie dnia 30 listopada roku pańskiego 2009. Spróbowałem i przeżyłem dawkę potrzebną, aby dowiedzieć się “o co kaman?”.

A dzień ten zaczął się niewinnie. Obudziłem się około godziny 8:04, jak zwykle przeklinając los, który skazywał mnie na wstawanie o tak barbarzyńskiej porze. Jedenaście godzin i dwadzieścia cztery minuty spędziłem w pracy (w tym osiemdziesiąt sześć minut pracując), aby następnie z pomocą taksówkarza, który o prowadzeniu miał jeszcze mniejsze pojęcie od niejakiego Mariana W., znaleźć się nad pewną rzeką na literę W, w klubie pełnym alkoholików, których ledwo, bo ledwo, ale jednak kojarzyłem z pracy. Niektórzy byli pijani, niektórzy byli (jeszcze) trzeźwi.

Od tajemniczej blondynki dostałem karteczki, które upoważniały mnie do odbioru pewnego trunku. Wyciągnąłem podręczny kalkulator marki Sheiss&Szubractwo, i po krótkich obliczeniach wyszło, iż było ich zdecydowanie za mało. Lecz szczęście się do mnie uśmiechnęło, jako że pierwsze czternaście kolejek wypiłem bez używania własnych kartaczek.

W między czasie działo się wiele, ale o tym pewnie mieli państwo okazję usłyszeć w programie 997.

W końcu nadszedł czas kiedy uznałem, że jestem gotowy, aby poznać największe tajemnice wszechświata. Sięgnąłem do kieszeni po moje dziesięć karteczek i… Ze zgrozą przypomniałem sobie, że zużyłem wszystkie (nie wiem jak to się stało, ale okazało się, że miałem ich trzydzieści trzy, przepraszam - czydzieści czy, w końcu akcja dzieje się w niegdyś królewskim mieście zaczynającym się na literę K).

Większość poszła na świętowanie zdrowia i szczęścia obywatela Andrzeja A., reszta została przeznaczona na szczytny cel: “co by nam wódki nie zabrakło” i, jakże by inaczej, za “zdrowie państwa młodych” po raz pierwszy oczywiście.

Daruje państwu opis grozy towarzyszącej mi w poszukiwaniu kogoś, kto w późniejszych godzinach podzieliłby się ze mną swoim przydziałem karteczek. Napisze jedynie, że udało mi się w końcu doprowadzić do stanu, który niektórzy nazywają “opiciem się”, inni określają go mianem “betona”, a jeszcze inni mówią: “o żesz ku…, czy on jeszcze żyje?!” Jak by na to nie patrzeć, to była chwila, w której osiągnąłem stan pełnego oświecenia…


Znalazłem owe zapiski, porozrzucane bezładnie wokół autora, który niemalże lewitował przed moimi oczami. Do tej pory nie udało się złapać z nim racjonalnego kontaktu… Śpieszę z wyjaśnieniami, iż autor zgolił każdy włosek na swoim ciele (znaczy te w widocznych miejscach na pewno, a te pozostałe strach sprawdzić) i przystąpił do tajemniczej sekty “KNK” czyli: “Ku...NiepijęnigdywięcejKu...” - malynosorozec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz