wtorek, 11 marca 2014

Matayanga ruszyła... - Czyli o fragmentach, które zawładnęły wyobraźnią...



            Tak jak wskazuje tytuł mowa będzie o fragmentach książek. Urywkach, do których warto wracać, które często określają wartość całej powieści. Świadomie lub nie. Czasem zupełnie przypadkowo jakiś fragment zapada bardzo głęboko w pamięci, przeżywamy go raz za razem, nie mogąc nadziwić się skąd w kilku(kilkunastu, lub kilkudziesięciu) zdaniach taka siła. Jak zwykle, wybór lektur będzie bardzo subiektywny, ale gwarantuje wam, że po wszystkie warto sięgnąć. Będzie wychwalanie pod niebiosa i jeszcze wyżej. Będą ochy i achy. A zakończymy wspaniałym: ach…

         
         A zaczniemy od tytułowej Matayangi. Otóż jest taki pisarz jak Glen Cook. Napisał serię zatytułowaną Imperium Grozy. Bardzo dobre książki. Naprawdę. Militarystyczne fantasy na najwyższym poziomie. W barwnym, złożonym świecie wielkie potęgi ścierają się ze sobą nie pozwalając nam oderwać się od lektury. Więc dlaczego najbardziej w pamięci pozostał mi fragment zaczynający się słowami ”Matayanga ruszyła…”. Fragment liczący nie więcej niż półtorej strony. Opisujący wydarzenie dziejące się z dala od głównej historii. Półtorej strony opisującej przebieg wojny Matayangi z Imperium Grozy. Przerywnik dla głównych wydarzeń w książce, ale jednak tak bardzo sugestywny, tak epicki, fantastyczny. Każący cały czas zastanawiać się nad tym co się działo po tym właśnie jak „Matayanga ruszyła”.



            Coś bardzo podobnego odczuwam, kiedy przypominam sobie Metro 2033 Dymitra Ghlukovskiego. Wspaniała książka, z niesamowitymi pomysłami, zwrotami akcji, scenami fantastycznie grającymi na wyobraźni. A jednak najbardziej w mej pamięci został jeden z początkowych fragmentów. Kiedy jedną ze stacji metra zalewa niepowstrzymana masa szczurów. Kiedy autor opisuje beznadziejną walkę o przetrwanie. Kiedy niemal czuje się na sobie ugryzienia szczurzych zębów… Wszystko zajmuje jakieś trzy strony.

            Takich przypadkowych, zdawałoby się, fragmentów jest całe mnóstwo w czytanych przez nas powieściach. Przytoczę jeszcze dwa, a trzeci zostawię na koniec.

            Opowieści z Narnii. Siedem książek. Każda dobra lub bardzo dobra. A jedna genialna, dzięki krótkiemu fragmentowi. Podróż Wędrowca do Świtu. Moment kiedy bohaterowie uświadamiają sobie, że wszystkie sny w danym miejscu mogą się spełnić… Można niemal poczuć panikę, usłyszeć krzyki…

            Zupełnie jak w książce Heros Powinien Być Jeden w głowie słychać niesamowicie przejmujący, rzucający wyzwanie całemu światu śpiew Amfitrona „Hej! Ho! Burza nad morzem!”, kiedy po szaleńczej pogoni ratuje swoją żonę od niechybnej śmierci z rąk zazdrosnych bogów.
            Zdawałoby się niewiele znaczące fragmenty większej całości. A jednak…


            Nie mógłbym oczywiście ominąć scen batalistycznych. Tutaj raczej nie może być mowy o przypadkowości. Autorzy celowo wyciągają najcięższe działa swojego pisarskiego kunsztu. Najlepsza jak do tej pory to Wojownik Rzymu tom trzeci. Kiedy rzymianie stają naprzeciw szarży perskiej ciężkiej jazdy. Kiedy jedyną nadzieją jest utrzymać jednolity mur tarcz przeciwko nacierającej furii. Coś fantastycznego…

            A zaraz za tą sceną jest Marcin Mortka i jego Miecz i Kwiaty. Sześciu przeciwko sześciuset. Bardzo patetycznie, ale jakże wspaniale…

            Później mamy pana Jacka Komude i husarską szarżę w Samozwańcu. Czytając opis  autora, nie można się dziwić dlaczego wszyscy okazywali husarom należyty szacunek. A pozostając przy panu Jacku nie należy zapominać oczywiście o Galeonach Wojny i perfekcyjnych opisach morskich bitew.




            Ale dość już batalistyki. Miało być o tym za co można pokochać daną książkę. Teraz będzie coś o zabiegach celowych. I tutaj muszę napisać o Prawdziwym Męstwie i kulminacyjnej scenie owej powieści. O szaleńczym tempie jakie narzucają nam bohaterowie w tych kilku najważniejszych stronach książki…

            A najlepszym przykładem kilku zdań, do których zdawałoby się dąży cała książka są Dzieci Bohaterów. Kiedy odkrywamy znaczenie tytułu, dowiadujemy się co w tym całym bałaganie jest najważniejsze dla narratora…

            Natomiast mistrzem takich wyczekanych fragmentów jest niewątpliwie Guy Gavriel Kay. W każdej jego powieści jest fragment, który zdawałoby się jest osią napędową całej powieści. Fragment, do którego autor zbliża się, wybornie budując napięcie. Moment, po którym wszystko zmienia się, nabiera tempa.



            I jeszcze jedno zanim dojdziemy do początków i zakończeń. Coś co jest doskonale widoczne w książkach pana Arthura C. Clarka. Za każdym razem kiedy porusza temat obcych cywilizacji, życia w kosmosie, wizji przyszłości. Po prostu szczęka opada i chce się wracać do tych opisów raz za razem, niedowierzając w rozmach i kunszt autora (a przecież wiele z wymysłów pana Clarka, które podczas pisania jego książek wydawały się nierealne istnieje już w naszym świecie).

Czyli mamy tu do czynienia nie z fragmentem, ale z wieloma wyrywkami rozsianymi po całej książce.
            Trochę tak jak ze Światem Dysku Terrego Pratchetta. Często przyłapuje się na tym, ze mam ochotę przejrzeć kilka jego książek pod kątem jednej postaci. Na przykład przeczytać wszystkie fragmenty z Nobbym Nobbsem, czy G.S.P. Dibblerem, albo Detrytusem czy Bibliotekarzem.

            A najlepszym przykładem fragmentu, który znajdujemy porozrzucany w całej książce jest Paragraf 22. Momenty, w których mowa jest o Snowdenie po prostu wbijają w fotel. Tak naprawdę odnoszę wrażenie, że motywem przewodnim książki jest właśnie to, jak Snowden umierał z zimna na pokładzie samolotu…



            A teraz krótko pierwsze strony powieści, po których po prostu wiadomo, że lektura wciągnie nas absolutnie.
            Cos takiego doświadczamy przy lekturze Lewej Ręki Ciemności pani Le Guin. Te kilka zdań wstępu to jest po prostu to…

            Dalej mamy nietypowy przykład z książki Heros Powinien Być Jeden. Tytułem wstępu jest tam cytat, który wprowadza wrażenie epickości całego dzieła.

            Bardzo podobnie jest w książkach Kuźnia Ciemności i Tyrania Nocy. Tutaj już sami autorzy informują nas o tym jak wiele będzie się działo. Panowie Cook i Erikson na wstępie dają nam do zrozumienia, że za chwilę będziemy świadkami niezwykłych wydarzeń, o których przez wiele wieków bardowie będą śpiewać we wszystkich zakątkach świata. Jeśli oczywiście ten świat przetrwa…

            I jest jeszcze oczywiście niedoceniany Wergeld Królów pana Błotnego i jego prolog, w którym główny bohater wygrywa wojnę. Kilka stron, które ukształtują dalszy los Imperium. Żadnych szczegółów, a jednak wszystko jest tak zrozumiałe, tak bardzo sugestywne…





            I wreszcie jesteśmy w punkcie, który budzi największe emocje. Zakończenia. Esencja dobrej książki.
            Mogą być zaskakujące jak na przykład w książkach Cylinder von Troffa, Paradyzja czy Limes Inferior pana Zajdla. Ja jednak skupie się na tych, które grają na emocjach. Po których ciężko jest się pozbierać.

            Idealny przykład genialnego zakończenia to Odwyk autorstwa Jana Pawła Krasnodębskiego. Moment, w którym autor zostawia bohatera, nic nie wyjaśniając, nie dając żadnej pewności jak naprawdę skończy się cała historia. Coś wspaniałego…

            Dalej mamy Piknik Na Skraju Drogi i kilka ostatnich stron, które rzucają nowe światło na dopiero co przeczytaną książkę. Zmuszają do myślenia, spojrzenia pod innym kątem na całość powieści i chyba ogólnie na świat…
            Nie wiem czy będzie to pasować do reszty, ale w tym miejscu chciałbym napisać o książce Wesołe Przygody Robin Hooda i ostatnich jej stronach. Jest tam mowa o śmierci słynnego banity. Najbardziej w pamięci zapada wiersz wyryty na nagrobku bohatera. Kilka linijek, które cały czas chodzą po głowie i wywołują wiele emocji…

            Tak samo mocne wrażenia daje nam Joseph Heller i jego Bóg Wie. Ostatnie zdania, w kontekście całej powieści po prostu powalają na kolana i długo nie pozwalają wstać. Genialne (Ale tylko w zestawieniu z całą książką). Genialne.

            I na koniec nie mogło oczywiście zabraknąć pana Exuperego. Ostatnie kilka zdań z krótkiego Listu do Zakładnika. Kiedy dowiadujemy się kto naprawdę jest bohaterem i dlaczego…


            Ale obiecałem Wam inne zakończenie tych niezbyt spójnych myśli.

            Antoine de-Saint Exupery. Ziemia Planeta Ludzi. Dwójka pilotów leci w całkowitej ciemności nad pustynią. Nie wiedzą gdzie dokładnie są, ile zostało paliwa, na jakiej lecą wysokości. Sytuacja jest dramatyczna. Autor całe napięcie sprowadza do zdania:
„-Ach… Lecąc z prędkością 320 kilometrów na godzinę uderzyliśmy w ziemię.”
            I w tym jednym małym „ach…” zawarto tak wiele emocji. Trzeba to sobie tylko wyobrazić. Ale w końcu temu służą książki. Wyobraźni.

            Ach…

malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz