czwartek, 27 lutego 2014

Otwarte Z Powodu Przebudowy


Przedstawiam tekst napisany dawno, dawno temu, hen za drogą E7.
Chociaż przedstawione w nim sceny nie są oparte na wydarzeniach autentycznych, to chyba w pełni oddają klimat jaki panował podczas przebudowy pewnego sklepu w Krakowie na ulicy Conrada, którą to przebudowę autor miał przyjemność odczuć na własnej skórze.
Ehhhh.... Działo się, działo...
Życzę miłej lektury.

Otwarte z Powodu Przebudowy


Był piękny grudniowy poranek. Nasz bohater miał dziś wolne, więc o godz. 11:13 zwlókł się niepewnie z łóżka. Postanowił zacząć tak wspaniale zapowiadający się dzień od zimnego piwka, lecz jako ze gentelmani nie piją przed południem, postanowił poczekać 47 minut przeglądając najnowsze demotywatory. Dokładnie o 11:59 wstał z kanapy, zrobił 7 kroków dzielących go od lodówki, i już, już miał otwierać drzwiczki kiedy…. Nieszczęście. Na lodówce zauważył kartkę od żony na której znajdowały się złowieszcze słowa : „Kochanie mógłbyś pojechać do ikei kupić te zasłony o których rozmawialiśmy?” 


Blady strach ogarnął naszego bohatera, tętno podskoczyło dwukrotnie. Do ikei!!!? W sobotę?!!! W ostatni weekend przed świętami?!!!
- NIEEEEEEEEEEEEEEE…!!!!!!!!!! - krzyk odbił się echem po pustym mieszkaniu – Co robić? Co robić? Wiem! Zadzwonię do nich najpierw. Może nie ma tych zasłon? – z sercem pełnym nadziei podniósł słuchawkę , wykręcił numer i czekał… „Witamy w sklepie meblowym IKEA…” to już znał, szybko nacisnął „0” i czekał. „Twoja rozmowa jest pierwsza w kolejce” usłyszał. Zaczęła lecieć jakaś szwedzka pieśń patriotyczna, a nasz bohater z twarzą zlaną potem czekał na słowa „Witam w IKEA…” . Lecz zamiast tego usłyszał jakiś trzask i :
- Jak tu się kurwa odbiera?!?.. Co ?... już  odebrane ? aha…ehem .Witam w IKEA w czym mogę pomóc?
  -Eeeee- powiedział elokwentnie zaskoczony bohater – Chciałbym zapytać o dostępność produktu. Chodzi mi o zasłony. Kolor śliwkowy.
- Oczywiście już sprawdzam. Zasłony, kolor śliw… fioletowy. Jest. Gdzie kurwa!!!! Ej Ty!! – dało się słyszeć w słuchawce – Nie widzisz że tu siedzę. Wypad z tą koparką! Bo mnie staranujesz baranie!! Chamstwo kurwa… Przepraszam pana bardzo już jestem z powrotem, mamy tu rozbudowę sklepu i jest tu mały bałaganik.
  - Przebudowę? – iskierka nadziei – Więc pewnie zaraz zamykacie , skoro jeżdżą tam koparki?
- Nie, gdzie tam. Proszę przyjechać, sklep otwarty normalnie. Zasłony fioletowe są.

         W tym momencie bohater wiedział, że już się nie wywinie. Koniec był blisko. Musiał jechać  do ikei. Z zamyślenie wyrwał go głos w słuchawce
- Halo. Halo? Jest Pan tam jeszcze?
  - Jestem.
- Nie jeździ pan przypadkiem na motorze, albo na rowerze?
  - Nie a  co?
-Nic, nic , jakiś kask by się panu przydał , ale to pewnie pan nie ma, no nic, do usłyszenia – Po tych słowach pracownik rozłączył się. Nasz skonsternowany bohater chcąc nie chcąc zaczął się przygotowywać do , jak się później okaże, wyprawy życia…
        
…Gdy już dojechał do parkingu przed sklepem, przeżył kolejny szok. Wszystkie miejsca parkingowe były oczywiście zajęte…
         Puk. Puk. W zaparowaną szybę samochodu.
 - Panie, parking zapchany cały – usłyszał po otworzeniu szyby – Znaczy się nie cały. Tam na prawo wolny… Ale ja bym tam nie jechał. Ziemia się obsunęła. Panie… całego Tira nam wciągnęło. Mam nadzieję że pan nie po te komody z promocji? Bo wszystkie w tirze tam są. Eh ale jaja… No, ale nic, masz pan tu łopatę. Odśnież se tamto miejsce po lewej i tam se stań. Ale łopata do zwrotu , bo inaczej… No to udanych zakupów życzę  - i zniknął, dziwny mały człowieczek zostawiając łopatę (miał jeszcze siedem na plecach).
        
Po odkopaniu półmetrowej warstwy śniegu, zaparkowaniu i zwróceniu łopaty (coś w twarzy tamtego człowieczka mówiło, że lepiej się z tym nie ociągać) nasz bohater udał się w kierunku wielkiego napisu „WEJŚCIE”
-Gdzie??!! – usłyszał od człowieka w czapce z napisem SEKURYTY – Pewno ten napis zmylił co? Tfu.. Wejście jest tam, od strony ulicy, koło napisu „Uwaga praca na wysokości” Tutaj szambo kopiemy, ale by się pan wpierdzielił…
  - Aha – pomyślał nasz bohater, bał się powiedzieć to na głos, po prostu oddalił się we wskazanym kierunku. I rzeczywiście . Była tabliczka. Były drzwi. Więc nie czekając na dalsze niespodzianki przekroczył próg.
         Łup! .. Coś spadło 32 cm od buta(lewego) naszego bohatera.
- Heniek coś ty zgłupiał!!? – usłyszał ponad swoją głową    
- Uwagaaaaa!!!!....
- Jakie uwaga kurwa?! Heniek, przecież już dupło, to co dopiero teraz krzyczysz??
- Aaaa…to zrzucę jeszcze jedno, to będzie,  że niby do tego krzyczałem.
Łup!!
-Ty debilu!!! Ty kurwa… - dalszej części nasz bohater nie usłyszał. Mknął ile sił w nogach w głąb sklepu. Zatrzymał się po 3 minutach , rozejrzał i… o zgrozo! Nie wiedział gdzie jest! Jak dojść do działu z zasłonami? Dobrze, że chociaż uciekł od tego wariata u góry… Zaraz. Jest coś żółtego. Tak, żółta koszula . Obsługa! Zaraz zapyta gdzie ma iść. Tam poszedł pracownik. Za nim. O jest! Wszedł w tamte drzwi. „Tylko dla personelu” – przeczytał, ale co tam – myśli- wchodzę i zapytam. Wszedł, a tam następne drzwi. Zamknięte. Puka.
  -Przepraszam. Mogę o coś zapytać?  - Bez odpowiedzi. Usłyszał tylko jakieś stęknięcia i delikatny odgłos tak jakby właśnie pękła żyłka. Nagle poczuł, i to dosłownie – poczuł, gdzie się znajduje. Przerażony oddalił się czym prędzej. Powoli zaczął zdawać sobie sprawę, że gniew żony byłby niczym w porównaniu z tym co przyjdzie mu tu przeżyć.
        
Jezu. Ale tu ludzi. Jaki tu gwar. Jaki hałas. Zaraz, zaraz… Dźwięk się natęża. Jakby… jakby jakiś pojazd…
         BUM! Ściana upadła 7 cm od dużego palca(w prawej nodze) naszego bohatera
-Uwagaaaaaaaaaaaaa!!!
-Heniek kurwa!! Wyłaź z tego buldogera!!! Co ty odpierdalasz?!!!
-O… A to nie dźwig jest? Kurcze.
-Heniek idź ty lepiej sobie zapal, bo jeszcze zabijesz kogoś – i po pewnym czasie oddalający się krzyk – Heniek kurwa!!! Nie przy beczkach z ropą …!!! – Nasz bohater w tej chwili dziękował bogu, że cały mocz pozostawił w domu.
- Pst. Psst. – szept dobiegał z lewej strony, spod wielkiego dębowego stołu – Psst. Tutaj, szybko. – Pod stołem siedziało pięcioro ludzi, w tym jeden w żółtej koszuli – Proszę bardzo. Oto zamówienie. Proszę biec szybko 50 m, potem w lewo, tam znajdą państwo regał. Tam jest bezpiecznie, jeszcze tam nie zaczęli robót. – słowa skierowane były do rodzinki, która niezwłocznie wykonała polecenia pracownika. Aż się za nimi kurzyło…- Teraz pan. Słucham pana?- człowiek w żółtej koszuli zwrócił się do naszego bohatera – Nie ma pan kasku? No nic, proszę wziąć mój, ja już kończę pracę. Słucham pana?
  - Zasłony – wydukał – śliw… fioletowe.
-Aaaa…. Zasłony… biedaku… 10 m prosto. Potem w prawo. Poczekaj pan aż łupnie i biegiem ze 40 m. No tu jest kask. Proszę oddać go potem panu Stefanowi, temu co chodzi po parkingu z łopatami na plecach. No to powodzenie i do widzenia – i zniknął zamykając za sobą tajemniczy właz w podłodze (było to odnalezione przejście podziemne do makro(o czym nasz bohater oczywiście nie wiedział), lecz ów pracownik pomylił korytarze i trafił do starej ruskiej bimbrowni, od tamtego czasu słuch po nim zaginął)
        
Naszemu bohaterowi nie pozostało nic innego, jak podążać za wskazówkami człowieka w żółtej koszuli.
         Dotarł wreszcie na dział z zasłonami!! Są!! Tutaj wiszą takie jak chciał!!! Zwycięstwo!!!!
  -Przepraszam pana? – zagadnął do kolejnego człowieka w żółtej koszuli przechodzącego obok- Skąd mogę  zabrać zasłony o takie jak tu wiszą ?
-Dzieńdobry. Wie pan co w sumie to ja nie jestem z tego działu, ale co mi tam, u nas robią teraz podłogi…, hmmm, zostaje tu. Zasłony tak? Już patrzę, hmmm…ciekawe, SM2… .Znaczy wypisze panu zamówienie, zapłaci pan przy kasie i odbiór będzie z tyłu sklepu. Proszę bardzo. Do widzenia. A ja tu zostaję.
         - Już blisko. Zapłacę. Odbiorę. I już mnie tu nie ma – myślał nasz bohater. Przed kasami zaczepiła go młoda dama w pomarańczowej koszulce proponując parasol. – Po co mi parasol? – pomyślał, lecz nagle coś go tknęło, jakaś kosmiczna siła nakazała mu wziąć różowy parasol, rozłożyć go i ładnie podziękować (Być może pomocny w podjęciu tej decyzji był widok kasjerek w strojach płetwonurków(znaczy wszystko oprócz płetw- czyli w sumie nurków – nie płetwonurków)). Rozmyślając o tym usłyszał zgrzyt, instynktownie zdążył złapać mocniej parasol, gdy nagle zalała go fala wody spływającej ze świeżo powstałej wyrwy w dachu.
        
Wreszcie prawie nie zmoczony dotarł nasz bohater do kasy. Podał zamówienie. Zapłacił… I po raz kolejny zdębiał słysząc:
- Po odbiór proszę iść trzy razy w lewo za sklep. Widzę że nie ma pan gumofilców?
  -Że co? – znów błysnął elokwencją.
-Gu-mo-fil-ców. Niech pan lepiej się zgłosi do pana Stefana parkingu. To taki pan…
  - Wiem, wiem z łopatami na plecach.  – dopowiedział oszołomiony bohater i wyszedł w poszukiwaniu pana Stefana.
         Po 24 minutach, już w gumo filcach rozmiar 49, szedł nasz bohater w stronę znaku z napisem „Odbiór Towaru 150 m” i strzałką w lewo.
  -Jezu jeszcze chwilkę – pomyślał – Zaraz będzie po wszystkim.
        
Tuz przed zakrętem naszego bohatera zaczepił mały człowieczek nerwowo palący papierosa.
-Przepraszam. Pan po odbiór?
  -Tak.
- Aha. Kask pan ma, dobrze. Gumofilce też, dobrze. Tarcze pan dostanie na miejscu. A u spowiedzi pan był?
  -….Co?...
-U spowiedzi. Mamy tu księdza jakby pan tak chciał, wie pan, przed pójściem tam…
  -Nie… nie trzeba… - powiedział i mimowolnie przełknął ślinę.
        
Ze względu na drastyczność nie będziemy opisywać co się działo podczas pokonywaniu tych 150 m. Grunt, że nasz bohater dotarł bezpiecznie (Chociaż musiał później zapłacić za zgubionego gumofilca - lewego) do Punktu Odbioru Towaru.
 - Dzieńdobry. Proszę chwile poczekać. Do 10 min towar będzie przygotowany – powiedział pracownik ubrany w coś co z grubsza przypominało średniowieczną zbroję (koloru żółto-niebieskiego oczywiście).
        
Myślę, że warto na chwilę zagłębić się w myśli owego pracownika, podczas gdy nasz bohater siedzi, trzymając nad głową tarczę, i czeka na odbiór towaru. Oto one:
 „ Kurcze, zarobię sobie tu. Za pół roku się stąd wydostanę, jak skończą budowę. Na razie źle nie jest…”
- Dzieńdobry. Proszę usiąść, poczekać. Do 10 min towar będzie gotowy. Tu ma pan tarczę – to do następnego klienta.
„Jedzenie, mi dostarczają. Wodę mamy, odkąd się do źródła dokopaliśmy(Wcześniej ciężko było, oj ciężko) Zarobię kupę kasy i kupię sobie słonia…”
 - Jeszcze chwilkę. Koledzy szukają pana sztućców. – to do klienta któremu sople zwisają z wąsów        (32 centymetrów)(sople nie wąsy)
„…Ubiorę go w futro, tego słonia, wezmę pałę i zatłukę jak mamuta” – ostatnie słowa wypowiedział nieopatrznie na głos. Szybko się zreflektował i dodał:
 - Mammut. Mammut, różowy stolik, kto czeka? Pan? –Halo, pan co sobie nogi odmraża zapalniczką. Dla pana stolik? Nie? To trudno.
 „Różowe futrom kupię. Zatłukę różowego Mamuta…”
        
W między czasie nasz bohater odebrał towar, oddał tarcze i udał się w powrotem do samochodu. Po drodze usłyszał:
 BUM! Bum! Bum!!  I znajome:
 - Uwagaaaaa!!!! – po chwili. Chociaż myślał, że jest wykończony, zdołał wykrzesać w sobie siły co najmniej na rekord województwa w „biegu na 400 metrów z przeszkodami w jednym gumofilcu(prawym)”
         Dopiero po odjechaniu na odległość 15km(Choć mieszkał zaledwie 5 km od sklepu) nasz bohater odsapnął z ulgą.
-Nigdy więcej – powiedział sobie

         Następny dzień. Godz 9:53. Przed kontenerem z napisem „Zwroty Reklamacje”. Nasz bohater jest pierwszy w kolejce.10:00 podchodzi do lady
 - Dzieńdobry. Chciałbym zwrócić. Żonie się nie spodobało….

         KURWAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!! Budzi się z krzykiem. Koszmar. Cały zlany potem. Pamięta tylko ostatnie słowa skierowane do niego :
 - Dostanie pan zwrot na kartę którą można wykorzystać na następne zakupy…

         
malynosorozec

1 komentarz: