wtorek, 24 grudnia 2013

Manow3 - Mijający Czas.



Manow3 tym razem nie wierszowany.
Mocny.
Prawdziwy.
Szczery.
Polecam.

„Mijający Czas”


Część pierwsza.

                   
Nie wiedząc czemu, nie wiedząc gdzie, nie wiedząc po co, jak ani kiedy, obudziwszy się z takim właśnie przeświadczeniem, obserwując przedmioty, które nie wiadomo właśnie czemu poruszały się i jakby falowały przy wpatrywaniu się na nie, poczułem wpierw ogarniający mnie, stopniujący w górę me myśli, tętniące z uporem kata strach. Kiedy zorientowałem się jakimś cudem w natłoku myśli, że straciłem wcześniej przytomność na bliżej nieokreślony odcinek czasu i uświadomiłem sobie, że zażyłem wtedy pewną substancję o właściwościach zwanych potocznie jako psychodeliczne, nagle uspokoiłem się odrobinę a myśli me uległy lekkiemu stonowaniu, serce zaś zaczęło bić wolniej. I tak biło bardzo szybko ale myśl o tym przestała być na pierwszym miejscu. Usiadłem na łóżku i za oknem zobaczyłem ciemność, pośród której działy się bardzo ciekawe rzeczy, wystrzeliwały armatnie działa, przelatywały iskrzące obiekty krążące jakby w polu mojego widzenia, jak fajerwerki na nowy rok. Zrobiło mi się przez ułamek chwili wesoło, nie wiedziałem na jaki czas straciłem przytomność ale miałem wrażenie, że efekty te nie były bardzo intensywne a może nawet zanikały co umocniło mnie w przekonaniu, że owa substancja przestaje powoli działać.
Łóżko pokryte było białą kołdrą z małymi skrzatami tańczącymi jak jakieś dalekie plemiona modlące się o deszcz przy ognisku, wyginały się, wykonywały skomplikowane geometrycznie akrobacje, były też na poduszce, polubiły też prześcieradło i nie miały ani krzty pogardy dla mojego nocnego stolika, który na dodatek cały falował. Mówiły coś do mnie ale nie chciałem z nimi rozmawiać, jakoś nie wydawały się zbyt przyjazne przy pierwszym poznaniu. Po chwili zorientowałem się, że jestem w szpitalnej sali na oddziale detoksykacji, obok było drugie łóżko z tym że puste, no oprócz skrzatów mieniących się barwami tęczy, zupełnie tak jak fraktalne wzory na moim ciele gdy się na nie spojrzało.
            Postanowiłem sprawdzić, którą mamy godzinę, lecz okazało się to wyjątkowo trudne, bo mój zegarek opanowały siły nieczyste z Lucyferem na czele. W końcu, po dłuższym wpatrywaniu się w tarczę zegarka udało mi się dowiedzieć jaki mamy czas, czyli godzinę wpół do szóstej rano, co podpowiedział mi nie kto inny jak sam Lucyfer we własnej osobie. Doszło do mnie, że dzielą mnie około dwie godziny od wizyty pani pielęgniarki z lekami.
Tak w ogóle to nadmienię, iż byłem zdziwiony logiką swego myślenia pośród tego całego galimatiasu.  Miałem więc nadzieję, że ów psychodeliczny stan odejdzie do tego czasu, i mimo że czułem go jakby coraz mniej, obawa pozostawała. Gdyby personel dowiedział się, że zażyłem narkotyk przebywając na oddziale detoksykacji byłbym, łagodnie to ujmując, wyproszony z oddziału. Postanowiłem więc zrobić sobie, oczywiście w miarę możliwości, mocną kawę i udać się do palarni na papierosa. Tak też zrobiłem, kawa była o dziwo bardzo smaczna więc postanowiłem zabrać ją ze sobą na palarnię. Musiałem więc niepostrzeżenie przemycić się obok pokoju socjalnego pielęgniarek dyżurujących aby dotrzeć do celu.
Objawy ustępowały, pozostały właściwie tylko lekkie fraktalne, ruszające się wzory gdy spoglądałem na ręce, lekka euforia, podśmiechiwanie, zamęt w głowie i te przeklęte skrzaty, które wkradły się skubane na wszystkie części mego odzienia. Wolnym krokiem, lekko przechylając się to w lewo, to w prawo udało się zakończyć przejście korytarzem obok pokoju socjalnego sukcesem. Znalazłem się więc w upragnionej palarni z kawą, usiadłem i zapaliłem papierosa. Jakież to było szczęście, niemal orgazm dla duszy, tak prozaiczna czynność potrafiła uczynić mnie na chwilę wolnym i szczęśliwym a kawa jeszcze pogłębiła to nadnaturalne uwielbienie dla tych dwóch używek, nawet przeklęte skrzaty wydawały się cieszyć razem ze mną, z lekką jednak powściągliwością bo na ich twarzach rysowało się niedowierzanie. Jednak stawały się one coraz mniej wyraźne i było ich coraz mniej. Gdy poczułem się trochę pewniej, wstałem i podszedłem do okna spoglądając z wysoka na światła latarni na dole, pod którymi widać było gęsto padający śnieg, którego płatki subtelnie iskrzyły lekko błękitnym światłem.
Na zewnątrz było pusto, nawet na obszernym parkingu zalegała pustka, było na nim ledwo kilkanaście samochodów, prawdopodobnie należących do lekarzy dyżurujących w szpitalu, czasem jakiś przejechał drogą obok szpitala pędząc lekko gdzieś w siną dal.
Poczułem się nagle nadzwyczaj pewny siebie, pewny w tym sensie, że jestem jakby częścią wszechogarniającej jedności tej planety, który wie teraz więcej o świecie, w którym dostąpił go zaszczyt żyć, że jest „coś więcej” poza zwykłym codziennym funkcjonowaniem w codzienności. Zapaliłem następnego papierosa w tym poczuciu, wziąłem następny, solidny łyk kawy. Nie było już przeklętych skrzatów, choć nawet je trochę polubiłem. Nie było już nawet fraktalnych wzorów, wróciłem w pewnym sensie do rzeczywistości, lecz to nie była już ta sama rzeczywistość, była bogatsza, ciekawsza i pełniejsza. Za oknem zgasły latarnie, zrobiło się odrobinę jaśniej, zbliżał się wschód słońca co napawało mnie podnieceniem, że nadchodzi nowy, piękny dzień i powinienem to w pełni wykorzystać. Poczułem się jakby odbity od dna, solidnie napełniony energią i gotowy na trud życia. Zaczęło się robić jasno, ku memu zaskoczeniu wypiłem całą kawę więc pomyślałem o zrobieniu następnej, mogłem już swobodnie przejść korytarzem obok pokoju socjalnego, w pokoju pielęgniarek zauważyłem, że rozdzielają już leki do małych „kielonków” i układają na wózku, znaczy się zaraz będzie objazd po pokojach pacjentów, powiedziałem nawet dzień dobry i ruszyłem do swojego pokoju.
Po dotarciu na miejsce nastawiłem wodę, umyłem kubek i nasypałem kawy z cukrem, po zalaniu dodałem mleka i zamieszałem. Usłyszałem pukanie i dzień dobry od pani pielęgniarki z lekami, zażyłem grzecznie leki, wziąłem łyk kawy i udałem się do kolegów z sali obok gdzie można było już w korytarzu usłyszeć muzykę płynącą z radia. Udaliśmy się jak zwykle z kawą na palarnie, tyle że ja w przeciwieństwie do nich i w ich niewiedzy byłem już kimś innym..byłem już wolny.


Koniec części pierwszej…


Podkład muzyczny: Miasto Nie Spało - Pieśń żałobna VII

                                 (Pieśni Żałobne I-VII) (1999).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz