piątek, 20 września 2013

A może by tak...

A Może By tak…


         -A może by tak wszystko pierdolnąć i zamieszkać w Bieszczadach? – puenta popularnego dowcipu. Fantastyczny pomysł. Chociaż dla przyjaciół Alberta nie był on taki wspaniały. Myśleli, ze zwariował, że coś mu się poprzestawiało w głowie. No bo jak to tak? W Warszawie miał wszystko. Bardzo dobrą pracę – i nawet nie musiał tak jak oni harować po 12 godzin dziennie. 9 godzin i fajrant. Czasem weekendy. Czasem wieczory, albo i zarwane noce. Ale kto tak nie ma? Za to pieniądze zarabiał niczego sobie. Stać go było na własne mieszkanie, fajny samochód, zabawy w klubach do białego rana. Na przyszły rok zarezerwowane było już wszystko do hucznego weseliska. Żyć nie umierać.

         Dlatego nikt nie mógł zrozumieć zmiany jaka w nim zaszła. Owszem, przeżył dość traumatyczne chwile, które wiele go kosztowały. Ale człowiek tak silny, tak zaradny, powinien przecież sobie poradzić. Miał wystarczająco wiele czasu, żeby dojść do siebie. Ale on postanowił porzucić wszystko, na co tak ciężko pracował.

         Życie Alberta zmieniło się poprzedniej jesieni. Razem z narzeczoną i kumplami postanowili wyjechać w góry. W Alpach byli miesiąc wcześniej. W Tatrach jak zwykle był straszny tłok. Padło więc na Bieszczady. Wynajęli domek gdzieś na końcu drogi. Zapakowali się w samochody i już po paru godzinach byli na miejscu. Od początku Albert był jakiś nieswój. Tak twierdzili przyjaciele. Nie chciał upijać się na umór. Wstawał wcześnie rano. A na domiar złego zamiast jechać na dyskotekę wolał czytać książkę. Książkę! I to nie coś związanego z pracą, ale jakąś starą opowieść fantasy znalezioną na strychu. Kiedy przyjaciele wrócili o 4 nad ranem on dalej czytał popijając zimnego radlera. Później znajomi byli pewni, że musiał coś ćpać. No bo jakże inaczej?
         Następnego dnia Albert spakował plecak, wsiadł do samochodu i odjechał nie odzywając się do nikogo. Nie wrócił na noc. Nie odbierał komórki. „Pewnie wrócił do Warszawy. Praca, czy coś.” I nawet narzeczona nie przejęła się. Przecież w ich gronie często zdarzały się takie sytuację. Praca jest najważniejsza, a po co psuć zabawę innym…

         A Albert chciał po prostu pobyć sam. W ciszy. W spokoju. Chyba już wtedy był zakochany w Bieszczadach…
        
         Ale nawet na końcu świata, w obliczu wielkiego piękna przyrody przytrafiają się złe rzeczy. Albert zaparkował samochód tam gdzie kończyła się droga, zdążył odejść ledwie kilka kroków, kiedy coś ciężkiego uderzyło go w tył głowy. Został obrabowany. Zniknął portfel, komórka, klucze. Samochód prawdopodobnie jeszcze tego samego dnia wylądował w jakimś warsztacie na Ukrainie. Sam Albert po odzyskaniu przytomności błąkał się długi czas po lesie. Wstrząs mózgu, szok. Wszystko zostało fachowo wyjaśnione. Po tygodniu rodzina zaczęła poszukiwania. Po kolejnym tygodniu pojawił się w rodzinnym domu. Trzysta kilometrów od Bieszczad. Wycieńczony, ale dziwnie uśmiechnięty. Przytulił rodziców po raz pierwszy od piętnastu lat.

         Kiedy się obudził było już ciemno. Głowa pulsowała tępym bólem. Rozejrzał się i zdziwiony spostrzegł, że leży przy ognisku. Dopiero po chwili z lasu wyłoniło się kilka sylwetek.
- O! Obudził się wreszcie. Weźcie mu do picia coś dajcie. – Idący przodem brodacz rzucił przyniesione drewno koło ogniska.
- Piwa! Nalejcie piwa! Dobrego piwa ze starej beczki! – zaintonował kolejny przybysz, a pozostali szybko podjęli śpiew, śmiejąc się przy tym niepomiernie.
- To co młody? Piwko? – to znowu odezwał się brodacz. – Łap. – i wyciągnął skądś  puszkę zimnego piwa. – Tylko pamiętaj, że nie można śmiecić.- I znowu roześmiał się jakby opowiedział przedni dowcip.
         Albert nie wiedział co o tym wszystkim sądzić. Na głowie wyczuł wielkiego guza. Przeszukał kieszenie, ale nie znalazł ani komórki, ani portfela, nie mówiąc już o kluczykach do auta. Czy to przez tych ludzi został obrabowany?
- A nie mówiłem? –  odezwał się zdartym głosem łysy jegomość.- Zobaczcie jak patrzy na nas… Oj chłopie, chłopie. To nie my cię tak urządziliśmy. My cię tylko do ognia przenieśliśmy, bo noce zimne już i zamarznął byś jeszcze. Weź sobie puszkę przyłóż do głowy. Zimna jest. A potem do dna i do spania. – i  znowu postacie wokół ogniska roześmiały się straszliwie. Nie, nie straszliwie. Szczerze, serdecznie, prawdziwie. To odpowiednie słowa. A poza tym jakoś tak uspokajająco. Albert niewiele pamiętał z późniejszych wydarzeń tamtego wieczora. Leżał blisko ognia. Szybko zasnął, ale usłyszał jeszcze strzępki rozmowy prowadzonej przy ognisku. Coś o planach na następny dzień. Jakieś śpiewy, niezbyt piękne szczerze mówiąc. I coś o potrzebie zorganizowania garnituru. Poza tym wiele śmiechu. Praktycznie przez cały rozbrzmiewał dźwięczny śmiech.

         A rano po przebudzeniu Albert ze zdziwieniem stwierdził, że jest sam przy ognisku. Głowa już go nie bolała. Prawdę mówiąc czuł się znakomicie. Wypoczęty jak nigdy. Nie przejął się nawet faktem, że nie ma pojęcia gdzie się znajduje. Jakoś nie było to ważne.  Zmartwił się tylko, że nie zdążył podziękować tajemniczym postacią z nocy. Po chwili jednak usłyszał głośny śmiech i parę sekund później na polanie ponownie pojawili się jego wybawcy. Tym razem przyjrzał im się dokładniej. Było ich pięcioro. Na przedzie znowu szedł brodacz. Zaraz za nim wygolony. Potem dwie dziewczyny, jedna ruda druga o zielonych włosach. A na końcu, pocąc się niemiłosiernie, szedł straszny grubas. Wszyscy śmiali się pokazując palcami Alberta.
- Obudził się wreszcie śpiący królewien – to odezwała się Zielona – Czy może Książe? Chociaż królewien jakoś bardziej mi do niego pasuje. Patrz co mamy dla ciebie królewiczu. O! Królewicz zaiste zostaje!
-A więc ustalone. Królewiczu nasz kochany mamy tu dla ciebie dary.
- No to żeś rymem pojechał.
- Brawo! Polać mu! Najlepiej zimnej wody na łeb.
- Patrzcie go jaki chojrak… Albo dawaj do strumyka. Przyda się kąpiel bo, aż skunksy uciekają.
         I dalej w tym tonie przez następne dziesięć minut. Oszołomiony Albert patrzył  na krzątaninę. Ognisko zostało rozpalone na nowo. Przybysze rozlokowali się wokół, cały czas żartując i śmiejąc się w głos.
- A oto i garnitur dla królewicza. – Ruda z Zieloną położyły przed Albertem dziwny pakunek, po czym oddaliły się tyłem, bijąc prześmiewcze pokłony. I był to zaiste garnitur. Tak jakby. A dokładniej coś na kształt garnituru, składające się całkowicie z liści. Jakim cudem to wszystko się nie rozleciało?
- To takie czary, królewiczu – i znowu śmiech, tym razem jeszcze głośniejszy. – Zakładaj i chodź tu do nas bliżej ognia. Zaraz będzie coś do jedzenia. A potem idziemy, o tam, hen daleko.
         Wszystko było jakieś dziwne. Na początku Albert myślał, że nafaszerowano go czymś. W miarę upływu czasu przekonywał się, że wszystko jest jak najbardziej realne. Jakieś takie magiczne, ale jednak realne. Na pewno jednak coś było z nim nie tak. Bo dlaczego, ktokolwiek o zdrowych zmysłach miałby przyłączyć się do tej dziwnej zgrai. Dlaczego Albert zaufał całkowicie tym dziwakom i spędził z nimi następne kilka dni? Dni, które zmieniły go na zawsze.

Każdego ranka wstawali wraz ze słońcem. Albert razem z dziwakami stał i podziwiał wschód. Te poranki były jedynymi chwilami kiedy w lesie panowała całkowita cisza. Wszyscy stali skupieni, zamyśleni, szczęśliwi. Wydawało się, że cała przyroda przyłącza się do tej niemej kompletacji. A potem przez cały dzień las wypełniał się śmiechem. A w nocy chrapaniem ...
Albert przyłączał się często do śmiechu. Nie pamiętał kiedy śmiał się poprzednio. Tak naprawdę, szczerze, aż do łez…

         Czy to słońce, czy deszcz wędrowali po Bieszczadach z rzadka tylko natrafiając na ślady innych ludzi. Chodzili od świtu prawie do zmierzchu. Rozmawiali. Śmiali się szczerze. Śpiewali, straszliwie fałszując. Wydawało się, że zmęczenie postanowiło nie przeszkadzać tak zacnej kompanii... I dużo rozmawiali…

- I jak się podobał żarcik ze skunksem? – spytał Brodacz pewnego wieczoru.
- Super. A skąd wytrzasnąłeś skunksa to pewnie nie zdradzisz?
- Tajemnica zawodowa.
- To może byś też zawodowo mydło wyczarował? – to Ruda wtrąciła się do rozmowy – Weź Albercik od zawietrznej siądź z łaski swojej. I może zdejmij ten garnitur. Już ci nie pasuje.
- Tylko na golasa tu nie lataj. – przestraszyła się Zielona – Popatrz jaki piękny dresik dla ciebie znalazłam. – I rzeczywiście wyciągnęła niewiadomo skąd dres na oko o trzy numery za duży. – Będzie leżał jak ulał. Jak już podjesz sobie i nabierzesz wyglądu.
- Tylko żeby tak jak ten tu Gruby nie zmężniał. Bo się już w nic nie zmieścisz.
- A przynajmniej włosy mam, a nie świecę glacą po całym lesie. A ty Brodacz się nie śmiej. Jeszcze cię ktoś z małpą pomyli przez te kudły. – I tak dalej wśród śmiechu przez najbliższe kilkanaście minut.

- Chciałem was zapytać dawno już, ale tak głupio jakoś się wydawało. Po co wam te  dziwne plecaki? – Bo rzeczywiście każdy z nich nosił zawsze plecak. Jeden był mały, dziecięcy. Inny wojskowy z naszywkami. Kolejny wielki ze stelażem. Albert nigdy nie widział żeby cokolwiek z nich wyjmowali. Nosili je po prostu ze sobą.
-A jak myślisz?
- Myślę, że całkowicie nie pasujecie do obrazu jaki mają o was ludzie. Hałaśliwi, skorzy do żartów, w większości niezbyt urodziwi. Ale jednocześnie absolutnie dobrzy, szczerzy i radośni. No i te skrzydła w plecakach. Myślę, że jesteście Bieszczadzkimi Aniołami.

-I co Albercik? Zmądrzałeś tu z nami. Wracasz już do banku w swoim garniturze? Czy może inne plany jakieś masz?
- Głupio pytasz. Poznałeś go przecież nie gorzej niż nas. Najpierw do domu, co?
- Do domu.
- Do siostry i rodziców?
- Do siostry i rodziców.
- A potem do stolicy?
- A potem… - i Albert uśmiechnął się do swoich myśli. Nie powiedział co potem. Nie musiał.
- Żegnaj – powiedzieli po kolei.
- A nie do widzenia?
- Nie. Nie do widzenia. Żegnaj.

         I więcej już ich nie widział. Jakby rozpłynęli się w powietrzu. Przez chwilę słychać było tylko dźwięczący śmiech. Ruszył prosto do domu. Do rodziny. Piechotą. Nikt nie poznał prawdy o tym co przeżył w Bieszczadach. Kiedyś komuś opowie. Może…

         Został dokładnie przesłuchany przez policję, zbadany przez lekarzy. Następne dwa tygodnie spędził w łóżku. Zdawał się nie zwracać uwagi na odwiedzających go gości. Milczący, zamyślony. W końcu oznajmił rodzicom, że musi załatwić kilka spraw. Ubrał się i wyszedł.

         Wrócił  po kilku miesiącach. Powiedział, że sprzedał wszystkie niepotrzebne rzeczy. Mieszkanie w Warszawie, samochód i inne pierdoły. Za wszystko kupił sobie serduszko. Takie złote, od jąkały w czerwonych okularach. On lepiej spożytkuje te pieniądze. Zostało akurat na kilka książek. Dokładnie 139.

- Wezmę kilka do plecaka. Możecie resztę przetrzymać? – zapytał rodziców- Przywieziecie mi je kiedyś. Jak już się wszystko jakoś ułoży.
- A co z przyjaciółmi, narzeczoną, pracą?
- Fałszywymi przyjaciółmi, niewłaściwą narzeczoną, wyniszczającą pracą? – Albert uśmiechnął się do rodziny.
- Dokąd jedziesz? – to spytała matka. Matki bardziej martwią się o swe dzieci. Przeważnie.
- W Bieszczady. Mam jeszcze parę złoty na bilet i coś do jedzenia.
- A co będziesz tam robił?
- Nie wiem.
- A gdzie będziesz mieszkał?
- Nie wiem.
- A za co będziesz żył?
- Nie wiem.

         Przytulił rodziców i młodszą siostrę na pożegnanie. Ucałował całą trójkę i odszedł pogwizdując pod nosem. Rodzice popatrzyli na siebie. Zawsze byli dumni z syna. Zawsze też martwili się o niego. Ich spojrzenia mówiły to samo. Ich oczy mówiły to samo. Ich uśmiechy mówiły to samo. W tamtej chwili byli zgodni co do jednego: nigdy jeszcze nie widzieli syna tak szczęśliwego.

        

malynosorozec

2 komentarze:

  1. Dlaczego na przemian bohater nazywany jest Albertem bądź Krystianem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo za zwrócenie uwagi. Już zmienione. Przeprasza bardzo, ale osoba, która zwykle sprawdzała i poprawiała takie głupie błędy jest aktualnie niedysponowana. A ja sam często nie zauważam najbardziej oczywistych pomyłek. Jeszcze raz przepraszam, mam nadzieje, że nie zraziłem tym do siebie.

      Usuń