piątek, 20 września 2013

Małe Rzeczy


            Wszyscy zapewne wiedzą kim jest, a raczej był, pan MacDrundalski. Wszyscy na pewno znają chociaż niektóre z jego dokonań. Na pewno życie wszystkich nas jest dzięki niemu lepsze. Co do tego nie ma wątpliwości. Krucjan Serwiniusz MacDrundalski – człowiek legenda. Zwany Profesorem, chociaż nie ukończył nawet podstawówki. Nie musiał, ponieważ był on geniuszem. I to nie zwykłym geniuszem, jakich w każdych czasach jest na pęczki, ale geniuszem niepowtarzalnym, ponadczasowym. Nie jednym na miliard, ale jednym na wszystkich w ogóle.  

            Wszyscy zapewne zastanawiają się, co stało się z Profesorem. Od momentu, kiedy zniknął moją jedyną modlitwą (chociaż nie wierzę w żadnego boga) była prośba o odpowiedź na to pytanie. Moim jedynym marzeniem była chęć poznania prawdy. Któż inny miałby znaleźć rozwiązanie zagadki jeśli nie ja – wieloletni asystent i, jak lubiłem sobie pochlebiać, jeden z przyjaciół Profesora. I wczoraj właśnie doznałem olśnienia. I zrozumiałem co się stało.

            Teorii na ten temat jest zwykle tyle ile dyskutujących. Moja ulubione dotyczy zemsty zubożałych arabskich szejków. To przecież przez Profesora ropa przestała być ludziom potrzebna. A raczej dzięki Profesorowi. Dostał zresztą za to nagrodę Nobla. Pierwszą z wielu, ale to wszyscy wiedzą. Inna teoria mówi, o tym, że ulepszył znacznie nadajnik kosmiczny, nawiązał kontakt z Obcą Cywilizacją i wróci do nas za lat kilkanaście. Jest jeszcze możliwość, że udało mu się w końcu sprawić, by człowiek stał się niewidzialny. I oczywiście pierwszy przetestował swój wynalazek, a więc jest ciągle miedzy nami. Jeszcze inni mówią, że pracując nad obaleniem kolejnej teorii, zapomniał o bożym świecie i umarł z przepracowania. Bardzo prawdopodobne. Przecież prawie zdarzyło się to, kiedy obalał teorię Einsteina. A później znowu, kiedy pracował nad silnikiem nadświetlnym. W końcu był to geniusz i musiał być trochę roztrzepany.

            To przeze mnie nie ma już z nami największego z ludzi… Niewiele osób wie o ostatniej z obsesji Profesora. A mianowicie o Machinie Czasu. Jeśli ktoś miałby coś takiego skonstruować to tylko On. A zajął się tym zagadnieniem dokładnie pół roku temu. Jedliśmy wtedy późne śniadanie, nazajutrz po rozdaniu nagród im. Krucjana Serwiniusza MacDrundalskiego Profesora (do tej pory nie rozumiem dlaczego uparł się, aby używać w nazwie pełnych imion i nazwiska , mnie zawsze tłumaczył, że jest z nich niezmiernie dumny, zawsze przedstawiał się w ten sposób – Krucjan Serwiniusz MacDrundalski Profesor). Posiłek spożywaliśmy w specjalnie dla nas przygotowanym pokoju w Muzeum Narodowym. Ot taka fanaberia geniusza. Generalnie zwróciłem uwagę Profesora na jeden z obrazów. Przedstawiał on scenę przekroczenia Rubikonu przez Cezara. Jeden z towarzyszy późniejszego władcy Rzymu wyglądał dokładnie tak jak Profesor!!
            No przecież to ja! – to był jego komentarz – A skoro tam byłem, to znaczy, że zbudowałem Wehikuł Czasu. Panowie wybaczą, muszę brać się do roboty. I wyszedł nie mówiąc nic więcej. Zamknął się w swojej pracowni i tylko co jakiś czas prosił o dostarczenie dziwnych komponentów rzekomo potrzebnych do wehikułu.
            I tu pojawia się kolejna teoria. Mówi ona, że Wehikuł został ukończony. I, niczym u Wellsa, Profesor testując go, utknął gdzieś w przyszłości, albo w przeszłości…

            Pozostało tylko kilka prototypów wehikułu. Ale żaden z żyjących nie potrafi nawet domyślić się jak taka maszyna miałaby działać. Nie zostały żadne zapiski, notatki, obliczenia, czy wskazówki. Profesor wszystko miał w swojej głowie. Tak zawsze było. Wymyślał coś, a potem inni dorabiali do tego książki i teorie.

            Ale już nie przedłużam… Jako współwinny śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż Profesor tym razem robił wszystko sam. Twierdził, że zbyt wiele złego pojawiłoby się na świecie, jeśli ktoś inny poznałby sekret podróży w czasie. Jak zwykle obliczył wszystko dokładnie. Jak zwykle miał rację. Skonstruował Wehikuł Czasu. Ustawił datę. Wsiadł do Machiny i wysłał się w przeszłość. Prawdopodobnie pamiętał nawet, żeby nie uzależniać Wehikułu od prądu, przecież nie znajdzie w starożytnym Rzymie gniazdka z 230 Volt. Nie, o tym na pewno pamiętał. Jestem także pewny, że gdyby udało mu się znaleźć w tamtych czasach, na pewno zostałoby po Nim coś więcej niż tylko obraz. Jestem w końcu pewien, że maszyna działała. 
            Więc co się stało? Otóż Profesor, jak mu się już kiedyś zdarzało, nie wziął pod uwagę wszystkich szczegółów. A raczej jednego, ale bardzo ważnego. Zawsze powtarzał, że najważniejsze są właśnie drobiazgi. Małe rzeczy, bez których nie da się osiągnąć wielkości. Udało mu się cofnąć w czasie , ale zapomniał przenieść się w przestrzeni. Przecież dwa tysiące lat temu Ziemia była miliardy kilometrów stąd. I tam właśnie jest Profesor. A raczej był. 2000 lat temu…

malynosorozec

            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz