sobota, 31 sierpnia 2013

malynosorozec - różne: Dzień, w którym umarł Bóg



            Miał to być najważniejszy dzień w historii. Nikt o tym oczywiście nie wiedział. Ale tak właśnie miało być.

Dla Joachima był to najtrudniejszy dzień w całym dotychczasowym życiu. O godzinie 6:30 patrzył na  śpiącą żonę. Patrzył na córeczkę wtuloną w jej ramiona. Nie wiedział, że za kilkanaście godzin powie pierwsze słowo w swoim życiu. Za nic nie chciałby tego przegapić.  Za dwie godziny będzie musiał się z nimi rozstać…

            To był  najszczęśliwszy okres w jego życiu. Huczne, wspaniałe wesele. Niedługo później oczekiwanie na dziecko. Narodziny. Dużo stresu. Wreszcie całą tróją w domu. Pełnia szczęścia. A potem wybuchła ta nieszczęsna wojna…

            O co w ogóle walczyli? A czy to ważne?... Ważne, że nadszedł rozkaz, od którego nie było odwołania. I  po co było się starać? Przecież można było odsłużyć swoje tu na Ziemi. Odbębniać pracę między 8 a 16 i potem wracać do rodziny. Ale Joachim był zawsze perfekcyjny w tym co robił. Najlepszy w szkole. Najlepszy w Akademii. Najlepszy pilot w całej Flocie. Najlepszy mąż i ojciec…, ale to akurat nie ważne. Najważniejsze, że przez swoją perfekcję został skazany. Skazany na służbę dla ojczyzny w tej bezsensownej wojnie. Dokładnie o 8:30 pod dom miał podjechać samochód. Trzy godziny później Asantre, statek kapitana Joachima, opuszczał atmosferę Ziemską. Dokładnie o 18:57 przydarzy się drobna usterka, proste ludzkie niedopatrzenie, a może najzwyklejszy w świecie pech?...

            Anette nie może pogodzić się z losem. Spokojna i opanowana jak zawsze. Twarda kobieta. W środku płacze... Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?!?... Przeklęta wojna… Macha na pożegnanie szeroko się uśmiechając. Mała śpi w jej ramionach. Dlaczego ma wrażenie, że już nigdy więcej nie zobaczy Joachima?...

            Malutka płakała przez cały dzień… Nie dało się jej uspokoić… Anette stała przed domem patrząc w niebo… Przeczuwając najgorsze… Nie mając już sił, aby dalej powstrzymywać łzy…O zmierzchu dziecko przestało płakać…I właśnie wtedy umarł Bóg…

            Kapitan statku kosmicznego Asantre był jedną z ostatnich ofiar wojny. Wszystkich wojen. Bo po tym dniu nie było już żadnych. Nigdy. Tego dnia z ludzkich dusz zniknęła chęć zabijania. Zniknęła nienawiść. Zrobiła miejsce w umysłach dla najwyższego szacunku do człowieka.

            Generałowie zdziwieni zastanawiali się dlaczego jeszcze przed chwilą gotowi byli poświęcać tysiące ludzkich istnień. W imię czego? Niepojęte… W jednym momencie rzucili się do wydawania rozkazów. Odwoływali tą cała przeklętą Nienawiść. Ale rozkazy nie były potrzebne. Przecież wszyscy ludzie odczuli to samo. Żołnierze opuścili broń. Stali oniemiali zastanawiając jak to możliwe, że chcieli pozabijać siebie nawzajem. Ziemianin ziemianina. Człowiek człowieka. Brat brata. Niepojęte…Ale już  nigdy więcej…

            W czasie, który nastąpił później siłą rzeczy musiało wkraść się trochę bałaganu. Po kilku latach, kiedy błędy Starej Epoki zostały naprawione, ludzkość obrała nowy kierunek. Ale wtedy nikt już nie pamiętał o małym statku dryfującym w głąb kosmosu. Wraz z jedynym półmartwym pasażerem. Bo Joachim nie umarł… Nigdy…

            Historia została spisana na nowo. Tym razem prawdziwa. Bez przekłamań. Nie było potrzeby, żeby coś zmieniać albo zatajać. Ludzkość pochyliła głowę nad swoimi błędami. Było to tym łatwiejsze, że wiedziano iż nigdy się owe błędy nie powtórzą. Wojnę zastąpiono nauką. Religie – sztuką….

            Zaczęto spoglądać w niebo. I to nie w stronę Marsa, czy księżyców Jowisza, o które toczyła się ostatnia w historii wojna. Ludzie patrzyli dalej. Dużo dalej…
            W ciągu kilku najbliższych wieków cywilizacja ludzka rozprzestrzeniła się wśród gwiazd. Nic już nie ograniczało człowieka. Wraz z nienawiścią zniknął strach. Wojenna machina została zaprzęgnięta nauce. Nie było religii. Przecież wszyscy wiedzieli, że Bóg umarł. I nie miało znaczenia, której religii był to Bóg. W krótkim czasie Człowiek stał się panem świata. A co najważniejsze stał się panem samego siebie.
            Umysły ludzkie zajęły się sprawami tak bardzo niewyobrażalnymi dla pokoleń Starej Epoki. Naukowcy potrafili pracować przez setki lat nad jedną malutką rzeczą. Jedną teorią. Nie było pośpiechu. Nie było rywalizacji… to znaczy była, ta dotycząca ludzi i ich umysłów. Nie państw, korporacji czy Imperiów.

            Przez miliony lat ludzkość rozkwitała. Populacja liczyła się w trylionach rozsianych na tysiącach światów. Malutki ułamek wszechświata... Jeszcze prze następny milion lat głównym celem będzie przeszukiwanie kosmosu w poszukiwaniu inteligentnego życia...

A to co udało się w końcu znaleźć było czystym Gniewem. Czarną dziurą, Anomalią, obłokiem wśród gwiazd, z którego biła nienawiść. Ludzie na nowo poznali co to strach. Szybko wycofali się z tej części kosmosu, oddalając się od tego wielkiego Gniewu i nigdy już nie patrzyli w tą stronę. Nie zajęli się zbadaniem tego zjawiska. A szkoda…
Mogliby się na przykład dowiedzieć, że dokładnie po środku Anomalii znajduje się starożytny pojazd. Cudem chyba zachowany w jednym kawałku. To wokół niego, a raczej jego jedynego pasażera skupiał się cały gniew… Mogliby dowiedzieć się, ze trasa obłoku wiedzie w linii prostej od nieistniejącej już Ziemi, kolebki ludzkości… Mogliby prześledzić tor lotu i zorientować się, że Anomalia zmierza prosto do środka wszechświata… Ale ludzii nie interesowała Nienawiść. I dobrze…

            Minęły niezliczone lata do chwili, kiedy upadła cywilizacja człowieka. Upadła powoli, majestatycznie, z godnością. Co ciekawe dokładnie wtedy wszechświat, potwierdzając teorie uczonych, przestał się rozszerzać. Teraz kurczył się powoli. Kolejne miliardy lat zajął ten proces… Nie było już nikogo, na kim mógł on zrobić wrażenie.
            I w końcu to się stało. Cały kosmos zapadł się w sobie. A pośrodku znalazł się Gniew… Nastąpił wybuch… i wszystko zaczęło się od nowa…

            Po miliardach lat na małej planecie, krążącej wokół niewielkiej gwiazdy, budziło się życie. Istota, którą później nazwą Bogiem już tam była… Czekała… Dzięki niej jeden z gatunków przejął kontrolę. Nie za pomocą kłów czy szponów, ale umysłu. Nastąpiły wieki wielu bogów. Wieki wojen i nienawiści. Religie zabijały miliony istnień, żeby dowieść, że to ich miłujący Bóg jest prawdziwy… A jedyna prawdziwie Boska Istota rozsiewała wokół nienawiść. Ona sama była Nienawiścią. Dotarła tu wraz z wielkim wybuchem…

            W końcu ludzie sięgnęli do gwiazd. Niedaleko. Tylko w granicach swojego układu słonecznego. Ale również tam zabrali ze sobą wojny i gniew…

            I zdarzyło się tak, że pewne dziecko płakało cały dzień. Nic dziwnego. Częsty widok…
Ale ten płacz został usłyszany. Istota Boska pojawiła się o zmierzchu przed pewnym zwyczajnym domem. Po raz pierwszy poczuła coś oprócz Nienawiści i Gniewu. Popatrzyła na płaczące dziecko. Dziecko popatrzyło na Nią i…
 - Tata… – piskliwy dziecięcy głosik rozbrzmiał czysto w powietrzu…

…I właśnie wtedy umarł Bóg…


malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz