wtorek, 23 lipca 2013

Galeony Wojny t.2 - Jacek Komuda



„Gotujcie się na śmierć, mości panowie. Na zwycięstwo i wiekuistą chwałę.”

Druga część zachwyca tak samo jak pierwsza.

Po pokonaniu Spieringa i brawurowym przebiciu się przez szwedzkie okręty, Arendt Dickmann wraca w chwale do Gdańska. Radość jednak nie trwa długo, gdyż okazuje się, że lewiatan atakuje ponownie. Jedynie Jakimowski nie wierzy, że ma do czynienia z morską bestią, a z ludźmi z krwi i kości. Podczas gdy Dickmann traci dowodzenie na okręcie, pan Marek jest coraz bliżej rozwikłania zagadki…

Druga część napisana z jeszcze większym rozmachem. Morskie bitwy zapierają dech w piersiach. Fantastyczne opisy, sprawiające, że czujemy się jakbyśmy byli w samym środku wydarzeń. Krew ponownie splami pokłady, trup ściele się gęsto.
Atutem książki jest fakt, że większość akcji dzieje się na morzu. Tym razem na pierwszy plan wyłania się pan Jakimowski, ze swoją skrywaną przeszłością i wewnętrznymi demonami, które nie dają mu spokojnie spać. Doskonale rozwinięta postać.

Docenić należy sposób opisu wojny polsko-szwedzkiej przez autora. Wydawałoby się, że książka powinna stracić tempo trzymając się faktów, ale pan Jacek zgrabnie pokazuje nam konflikt nie tylko od morskiej strony, aby później idealnie trafić w punkt kiedy wkracza polska flota.
Jedyny minus jaki znajduję to kilka nieścisłości fabularnych, wynikających właśnie z trzymania się historii.

Doskonale pokazana bitwa pod Oliwą. Bardzo dobre rozwiązanie zagadki lewiatana. Barwne postaci i jeszcze barwniejszy marynarski język. Ale najbardziej urzekł mnie opis szalonej jazdy kozaków po ulicach Gdańska.
Obydwie części tworzą razem niezapomnianą lekturę.

10/10

„Świat jak zwykle dzielił się na ludzi wykutych z żelaza i tych ulepionych z krowiego łajna, które potem, dla fasonu oblepiano grubą warstwą wosku. Tak zawsze było, jest i będzie. Tyle, że wosk stopi się od płomienia, a żelazo jedynie rozgrzeje do walki…”

„No proszę. Nawrócili się, heretyki. Lepszy taki granat niż różaniec i jezuickie gadanie.”

„… trafił w samo sedno – tam gdzie plecy kończyły swą szlachetną nazwę, ustępując miejsca kaszubskiej rzeczy.”

„Uroczyście ślubuję i przysięgam na święty krzyż i mękę Jezusa Chrystusa, Pana naszego miłościwego, że wsadzę wam ten szturmiak w dupę i podpalę lont, nabiwszy uprzednio lufę tłuczonym szkłem i siekańcami.”


malynosorozec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz